Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
Dziennik Uczuć jest lusterkiem w którym można przyglądać się swojemu wnętrzu.

TEMAT:

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/13 13:53 #1051

  • Anetka
  • Anetka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 449
  • Otrzymane podziękowania: 1405
Ja mam taki konflikt wew. jak Cie czytam.Z jednej strony rozumiem bunt, z drugiej strony sama przezylam okres dorastania swojego dziecka i ta totalna bezsilnosc, kiedy widzialam jak sie pograza w roznych sytuacjach i inne takie.
Na szczescie wyrosla na ludzi...ale potrafi mi powiedziedziec NIE.Ostatnio napisala mi " mamo prosze nie kupuj mi nic wiecej, bez konsulatcji ze mna ,ani dla tego w srodku ( bejbi).Ja sama Ci powiem,jak bede potrzebowac.
I ja szanuje ja za to i czuje ulge, ze juz nie musze tak wylazic ze skory i szastac pieniedzmi, ktore czasem bardziej potrzebuje, ale wydaje na nia.
To tylko przyklad.
Z drugiej strony nie wiem jaka powinna byc mama czy rodzice, wciaz staram sie akceptowac swoje poczucie winy, ze bylam zlym dzieckiem,a nie ze takim, ktoremu trzeba bylo pomoc.Mnie sie wydawalo,ze nikt mi nie jest w stanie pomoc, ze ja sama jestem przyczyna wszystkiego i to jest we mnie,ze taka sie urodziilam.
Moje pseudo rodzenstwo 20lat starsze tez traktowalo mnie jak problem i nie mamy od 10 lat kontaktu i dobrze mi z tym, ale to poczucie odrzucenia tez w srodku w szafie na ostatniej polce w kaciku jest.
Pokrecone to wszystko.
Wciaz mi sie zdaza cos palnac, a potem ktos znika z mojego zycia, albo sie obraza.Najlepiej chodzic usmiechnietym i tylko przytakiwac.
(wiem,ze to bzdura).
Swiadomosc bycia kochanym dzieckiem Bozym ( zalecialo religia ^^) ) daje mi spokuj i poczucie ulgi, ze Bog badziewia nie robi.Tylko co z tymi, co krzywdzili? Moze robili to po prostu nieswiadomie, to bylo inne pokolenie, bez internetow, terapii itp.
A tekst o rzyganiu do wazonu...buahaha
.Moj stary sikal do lozka , jak sie napil....no ale on nie byl studentem, upijal sie sam w domu do odciecia.
Zdarza mi sie pewne momenty teraz zupelnie inaczej widziec, miec ta troske i zrozumienie dla siebie.Wtedy zaciskalam zeby i udawalam,ze wszystko jest ok.Dzisiaj jak patrze wstecz, mysle sobie jak ja to udzwignelam...no udzwignelam procentami wieczorem,byleby przetrwac.
no i znowu popelnilam tu tekst o sobie.....a przeciez to Twoj watek.Mimo to dziekuje,ze mnie poruszasz.
Krzychu byles zbuntowanym mlokosem, ktory przebalowal studia.Myslisz ,ze na moich studiach bylo inaczej? Tez byly grupy imprezowiczow.Co do srodwiska...hmm jak zaczelam prace, to wtedy w pracy wodka byla w lodowce, impreza po, byla standartem, juz nie wspomne o szkoleniach wyjazdowych czy imprezach integracyjnych :wmur: . Mozna bylo sie stoczyc i zdrowotnie i moralnie.
mimo to nikt, absolutnie nikt nie traktowal tego jako alkoholizmu.Wiem,ze obracalismy sie w innych srodowiskach, ale to tez czas roznych eksperymentow w zyciu,,,,a takze rozczarowan potem.
Ahoj @};- @};- @};- @};-
" Time changes" ..
Mój profil: Szczęścia mozna się nauczyć. Na forum od 2018
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Anetka.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/13 16:39 #1052

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380

wciaz staram sie akceptowac swoje poczucie winy, ze bylam zlym dzieckiem,a nie ze takim, ktoremu trzeba bylo pomoc.Mnie sie wydawalo,ze nikt mi nie jest w stanie pomoc, ze ja sama jestem przyczyna wszystkiego i to jest we mnie,ze taka sie urodziilam.



Anecia, a po kiego to akceptować? To trza wyrzucić w... :ymdevil:
Krótka piłka - dzieci nie są po to, by spełniać irracjonalne oczekiwania swoich rodziców. Syn lekarza nie musi być lekarzem, syn matematyka nie musi być w mat-fiz, a córka baletnicy wcale nie musi tańczyć, może kulą rzucać. Jeszcze gorsze wg mnie kuriozum - niezrealizowane marzenie rodzica przeniesione na dziecko i pchanie je w coś na siłę, czy nadaje się do tego czy nie.
Ja naprawdę sporo pokiereszowanych akurat w taki sposób ludzi poznałem, a owo pokiereszowanie skutkowało najczęściej uzależnieniami, rzadziej wypaczeniem charakterów bez.
Jeśli myślisz Anecia, że ja nie czułem się jako małolat głupi i rozczarowany swoimi brakami, które dostrzegałem to jesteś w błędzie. Ja widziałem swoje braki i zgadnij do kogo miałem pretensje?
Oczywiście, że do siebie :wmur:

Nie byłaś złym dzieckiem, ja nie byłem złym dzieckiem, mam wątpliwości czy w ogóle ktokolwiek urodził się złym dzieckiem. Tak jak nie rodzimy się dda/ddd tylko nimi stajemy pod wpływem danych czynników środowiskowych i otaczających nas nieprawidłowości tak samo wg mnie nie rodzimy się źli i bardzo proszę wybić to sobie z głowy Aneciu ^^) Ktoś może urodzić się psychopatą, ale też nie będzie złym dzieckiem tylko właśnie chorym, wymagającym odpowiedniej diagnostyki i opieki.

Lubisz muzę, więc by podsumować napiszę Ci, że kawałkiem, z którym bardzo mocno identyfikuję się, jeśli chodzi o moje negatywne przeżycia z dzieciństwa jest Disarm napisany przez Billy’ego Corgana. To je o mnie :ymdevil: Choć, co istotne - w czasie przeszłym. Tak było, ale już nie jest, dzisiaj nie jestem bezradnym dzieckiem, które nie wie co robić. A, że było jak było - tego nie zmienię i to akceptuję.

Cd. „piciorysu” później albo jutro, może lepiej jutro, bo piąteczek to i może trochę więcej napiszę.

Spokojnego wieczoru %%-
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Tomoe, darek70, Annaannaanna, Oktavia, Anetka

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/14 20:27 #1053

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Wyprowadziłem się z domu niesiony emocjami. Planu żadnego na tę okoliczność nie miałem, bo nie spodziewałem się, iż do tego dojdzie, ale miałem pewność, że sobie poradzę. Jak - też za dużo nie myślałem na ten temat, dom opuszczałem myśląc tylko tyle, że: ja ci jeszcze (tato) pokażę :ymdevil:
Dziś to również wydaje się mi dość smutne, że wciąż chciałem ojcu coś „pokazać”, coś udowodnić. Niby miałem go gdzieś, a jednak.
Pierwszy tydzień, jak wspomniałem, spałem w pracy na polówce (była taka możliwość). A może i nieco dłużej, ale koczować tam przecież wiecznie nie mogłem. Znalazłem więc sobie pokój, koszt wynajęcia wynosił 700 zł/miech. Bilet miesięczny ulgowy kosztował wtedy 25 zł. Do tego musiałem jeść, prać sobie (pralka była dostępna, proszek trzeba było kupować), ubrania szczęśliwie miałem, kosmetyki jakieś też, ale i tak praktycznie od razu zacząłem mieć problemy finansowe. Nie byłem przyzwyczajony do tego, iż pokrywam powyższe wydatki z własnej kieszeni. Do tego humor miałem podły, do mamy dzwoniłem, żeby wiedziała, że żyję, ale o żadnych przeprosinach ojca nie chciałem słyszeć. To był ten czas, kiedy piłem niewiele - bo nie miałem za co, a do rozbawionego towarzystwa nie za bardzo się nadawałem, irytowali mnie. Za to zacząłem jeszcze bardziej przykładać się do pracy słusznie kombinując, że może w ten sposób w bliskiej przyszłości uda się mi zyskać coś więcej niż te 1/4 etatu. Trzon firmy stanowiły 3 osoby - 2 panów i pani, którą omijałem szerokim łukiem (i nie tylko ja). Panowie jednak lubili mnie, jeden chyba „bo tak” - czasami tak jest, drugi, bo z nim dużo pracowałem, przykładałem się do tej pracy, szybko uczyłem i nie marudziłem. Wymyśliłem sobie tak, że trudno, rok przedziaduję w tym paskudnym pokoju, skończę studia I stopnia, a potem - jeśli mnie zatrudnią to zrobię już zaocznie magisterskie. Taki miałem plan i z grubsza udało się mi go zrealizować. Tyle, że w paskudnym pokoju nie zabawiłem aż tak długo, bo poznałem swoją pierwszą, poważną miłość i bardzo szybko zamieszkaliśmy razem. Czy to był fart czy niefart - nie potrafię ocenić. Faktem jest jednak to, że bardzo szybko odzyskałem zachwiany komfort picia, już nie byłem zdany sam na siebie, miałem kogoś i nie musiałem aż tak liczyć się z każdym groszem. Moja dziewczyna nie była i nie jest alkoholiczką, ale lubiła sobie wypić od czasu do czasu piwo, a to, że ja piję jej nie przeszkadzało - bo w naszym towarzystwie niestety wszyscy spożywali - mniej, więcej, różnie, ale abstynentów nie było. Zresztą przez kolejne 2 lata moje picie nie wyglądało aż tak groźnie, upijałem się, ale nigdy do tzw „zgonu”, zależało mi na pracy, więc nawet jak wypijałem coś dzień przed to były to niewielkie ilości. Na kacu spadała mi wydajność, nie mogłem się skupić, a to było niezbędne. Natomiast na zajęcia podczas studiów II stopnia zdarzało się mi przyjść na kacu albo nawet pijanym, bo nie zdążyłem wytrzeźwieć. Nie miałem z tego tytułu jednak żadnych nieprzyjemności, siadałem z tyłu i po prostu udawałem, że słucham. Potrafiłem też nadrabiać mniejszą aktywność po pijaństwie nadaktywnością na kolejnym zjeździe. A wiedzę miałem, w popisywaniu się byłem dobry od dziecka (lata praktyki :ymdevil:), więc jakoś całkiem nieźle mi to wszystko szło. Uważam, że nawet jeśli któryś z wykładowców czy asystentów widział, iż bywam nietrzeźwy to patrzyli na to przez palce, bo ja taki sympatyczny, zaangażowany student byłem, no po prostu do rany przyłóż manipulator, a że zdarzało się mi przyjść „wczorajszym”... no komu w tym wieku się nie zdarza :wmur:
No, a potem był ta nieszczęsna impreza, po której dziewczyna wyrzuciła mnie z domu praktycznie tak jak stałem. Też to dość dokładnie opisałem w wątku. Mogę dopisać tylko tyle, że nagle znów zostałem sam - nie dość, że targany wyrzutami sumienia oraz poczuciem winy to jeszcze bez chaty, bez kasy, z perspektywą, że będę musiał szybko zmienić pracę i - mówiąc poetycko - zdruzgotanym serduchem. Pojechałem do kolegi z roboty, przyjechałem tam w stanie totalnego zdołowania, byłem jak zbity pies i opowiadając mu, co się stało prawie płakałem. Kolega bardzo się tym przejął i pomógł mi realnie w bliskiej przyszłości, ale wtedy, zaraz po tym jak mu opowiedziałem co zaszło... nalał mi whisky.
Oczywiście „podziałało”. Uspokoiłem się.
Alkohol stał się „lekarstwem” również na bieżące problemy.

Cdn.

Dobranoc %%-
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, Alex75, marcin, Oktavia, Anetka, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/15 13:27 #1054

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Piękna pogoda, młodzież z babcią i dziadkiem na działce, a my tutaj odgruzowaliśmy balkon :mrgreen: Są nowe meble, teraz jeszcze fajniej można tutaj sobie posiedzieć.

Mam poważne obawy, że bab prędzej napisze ze 3 książki (choć pisze tylko wieczorami i po godzince) niż ja ten „piciorys” skończę, choć staram się opisywać tylko te rzeczy, które uważam za najistotniejsze pod kątem przyczyn i rozwoju choroby. W tej chwili właśnie doszedłem do momentu, gdy wg mnie nastąpił u mnie „przełom”, oczywiście na gorsze. Fizycznie i intelektualnie w takim czysto ogólnym sensie było jeszcze ok, choć masowo zacząłem robić głupoty. Jednak nie były to takie głupoty, które miałby jakieś straszne konsekwencje, tzn miały, ale ja tych konsekwencji mocno nie odczuwałem. Bo piłem. Nie zastanawiałem się na tym, że to, co robię jest nie halo, że postępuję źle i do niczego takie postępowanie - prócz kaca moralnego mnie nie doprowadzi - a nad swoim piciem nie myślałem w ogóle. Pewnie uważałem, że nie piję ponad normę. Zdarzenie, które mną wstrząsnęło czyli ta sytuacja z imprezą i w konsekwencji rozstanie z dziewczyną mogło mnie otrzeźwić, ale szybko „pocieszyłem się” alkoholem i towarzystwem, częściowo to wyparłem (całkiem się nie dało), częściowo wmówiłem sobie, że było inaczej niż było, a finalnie stało się u mnie coś takiego, iż przeniosłem urazę oraz pogardę, którą czułem do koleżanki z pracy na wszystkie kobiety pracujące w tym samym zawodzie, co ona. Z czasem rozszerzyło się to też na niektórych mężczyzn, większością swoich klientów zwyczajnie gardziłem, choć tego nie okazywałem (do czasu).
Moja bab kiedyś powiedziała mi w złości, że jestem jak kot, który zawsze spada na cztery łapy, inni cierpią, a mnie nic się nie dzieje, upadnę, wstanę, otrzepię się i idę dalej. No nie było tak, ale pozornie wyglądało to właśnie w taki sposób. Zmieniłem pracę, tu mi bardzo pomógł jeden z szefów i kolega. Pracę magisterską obroniłem. Stać mnie już też było na wynajęcie kawalerki (1200 zł + opłaty + kaucja). Dodatkowo mama dowiedziawszy się, że rozstałem się z dziewczyną zaczęła ojcu „wiercić dziurę w brzuchu”, o czym wiem z relacji brata. I wywierciła. Ojciec do mnie przyjechał, obejrzał jak mieszkam, spytał ile zarabiam, ile płacę za wynajem, a potem powiedział, że mi zaufa, iż nie zrobię z mieszkania bajzlu i dał mi klucze od chaty nieżyjącej babci, którą wcześniej rodzice wynajmowali.
Kiedyś myślałem, że to był błąd z jego strony. Może i był. Ale czy mieszkałem tam czy gdzieś indziej to już nie miało aż takiego znaczenia. Myślenie miałem skopane, byłem przepełniony mieszanką niefajnych uczuć wśród których prym wiodły właśnie złość i pogarda. Bynajmniej nie było jednak tak, że nienawidziłem wszystkich ludzi jak leci. Miałem bardzo dobrych kolegów, co najmniej o dwóch wspominałem w wątku. Wówczas nawet nazywałem ich przyjaciółmi, choć już ani ja ani oni z racji nadużywania alkoholu i wypaczeniem myślenia w związku z tym raczej do prawdziwej przyjaźni się nie nadawaliśmy. Miałem też brata, którego kochałem, a mimo to nieumyślnie próbowałem demoralizować. Na szczęście skubany się nie dał :-BD Tzn co on wypił ze mną to wypił, ale ową drogą nie poszedł.
Kolejny „przełom” nastąpił wtedy, gdy zmieniłem po raz kolejny pracę. A bardzo chciałem pracę zmienić, gdyż w drugiej firmie, w której zostałem zatrudniony bardzo wykorzystywano pracowników. Dziś coś takiego jest wręcz nie do pomyślenia w tego typu dużych molochach, ale wówczas był to chleb powszedni, wiele firm tak postępowało. A jak zmieniłem tę pracę to chociaż już wcześniej zarabiałem nieźle zacząłem zarabiać takie pieniądze (jak na tamte czasy of course), że poczułem się nazbyt pewnie. Ponadto poczułem coś jeszcze. Władzę. Tak naprawdę tę władzę nad ludźmi miałem w pewnym sensie już wcześniej, bo mój wyuczony zawód polegał w dużej mierze na tym, że mówiłem klientom co i jak mają robić, by uzyskać zamierzony efekt czy coś poprawić, itd, ale wcześniej jej nie nadużywałem. Po zmianie pracy, zrobiwszy rozpoznanie, zwyczajnie zacząłem to robić. Dla zabawy potrafiłem kogoś przeczołgać czerpiąc z tego chorą satysfakcję. Rzecz jasna nie przeczołgiwałem wszystkich, ale jeśli wyczułem, że mogę to zrobić bezkarnie i miałem „humor” to takie sytuacje się zdarzały. Paradoksalnie cały czas cieszyłem się dobrą opinią, bo jednocześnie manipulowałem tymi ludźmi i kłamałem im w żywe oczy, w zależności od sytuacji z czarującym (i wystudiowanym zresztą) uśmiechem lub smutnym/współczującym/rozczarowanym wyrazem twarzy. Potrafiłem pocieszać kogoś, kogo wcześniej zmusiłem do niepotrzebnego i bezsensownego wysiłku, w duchu dusząc się ze śmiechu. Że idiota/ka, debil/ka, kretyn/ka.
Myślę, że w bardzo dużej mierze był to z mojej strony odwet. Ale też i choroba. Ja już nie miałem żalu i urazy do jednej osoby, ja to przeniosłem na innych, którzy kojarzyli się mi z nią, a faktycznie nic złego mi nie zrobili.
I niestety nie ma tutaj dla mnie usprawiedliwienia. Są jakieś tam okoliczności łagodzące, ok. Ale usprawiedliwienia nie ma, nie byłem niepoczytalny, wiedziałem, że postępuję źle, a mimo to robiłem to dalej.

Nic a nic nie wierzę rzekomo trzeźwym uzależnionym, którzy w 100% rozgrzeszają się trudnym dzieciństwem, chorobą jakby zapominając o tych, których skrzywdzili czasami tak mocno, że zatruli im znaczną część życia. Nie wierzę tym, którzy wciąż gadają o tym jacy to oni byli biedni (ja też byłem no i co?), a zapomnieli jak z premedytacją planowali to, żeby kogoś zniszczyć, następnie systematycznie realizowali swój plan.
To, co robiłem w pracy może nie wyrządziło nikomu jakieś strasznej krzywdy, ale było wstrętnym zachowaniem. Karygodnym. W sposób, o którym pisałem skrzywdziłem natomiast kolegę (opisałem to w wątku). Nie mogę mu tego zadośćuczynić, ale mogę głośno przyznać się, że byłem krzywdzicielem, w dodatku bezinteresownym. Chciałem chłopaka zniszczyć, robiłem wszystko, żeby go zniszczyć i naprawdę „przysłużyłem się” mu w tym sensie nie raz i nie dwa razy.
Trudne dzieciństwo i choroba wszystkiego nie usprawiedliwia.
Ani też nie czyni nikogo męczennikiem czy świętym rozgrzeszonym automatycznie wyłącznie dlatego, że przestał pić.

Cd, mam nadzieję, wieczorem.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): jerzak, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, darek70, Alex75, marcin, Oktavia, Anetka, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/15 17:54 #1055

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
I jestem z powrotem, znów na balkonie :mrgreen: i wcześniej niż planowałem, ale bab ma dla mnie jakieś zajęcie później, nie chce powiedzieć jakie, więc pewnie będzie to coś strasznego bnggfgbfb

A więc - dopisuję, póki jest czas i chęć na dalsze pisanie.

Dwie sprawy, o których chciałbym jeszcze napisać zanim przejdę do mniej więcej półmetka czyli początkach związku z bab i śmierci ojca to wpływ towarzystwa na moje zachowanie oraz kobiety.
Jestem naprawdę mega daleki do obwiniania specyficznego towarzystwa, w którym się obracałem za większość swych negatywnych zachowań. Oczywiście, że towarzystwo zmanierowanych ludzi, a nawet w sensie moralnym mówiąc wprost - degeneratów, nie robiło mi dobrze, ale pokażcie mi osobę, której takowe dobrze zrobi. Z całą pewnością nie było tak, że ktoś mnie jak bezwolną „sierotę” namówił do picia, zażywania narkotyków czy robienia jakiś nagannych rzeczy. Do picia nie trzeba było mnie namawiać, narkotyki mi nie podeszły, na intrygi byłem w pierwszych latach „za cienki”, więc tylko o nich sobie słuchałem, a dziewczyn szukałem poza tym gronem. Od czasów liceum do poznania mojej pierwszej dojrzalszej miłości normalnie chodziłem na randki, spacery, do kina, na alkohol też oczywiście, ale nie tylko. Rzecz jasna dążyłem do tego, by uprawiać seks z dziewczynami, z którymi się umawiałem czego nie uważam za nienormalne zważywszy swój ówczesny wiek, lecz na pewno nie traktowałem ich czysto instrumentalnie, że bara-bara i do widzenia, lecę szukać następnej okazji. Można powiedzieć, że wtedy jeszcze szukałem czegoś więcej niż seksu, znalazłem to coś dopiero w relacji z Aśką, nieważne czy już byłem alkoholikiem czy piłem ryzykownie, zaangażowałem się uczuciowo naprawdę. Rozstanie bardzo mnie bolało i tutaj, choć alkohol ten ból przytłumiał, „pomagał” to jednak długo czułem się fatalnie z tego powodu. Cóż więc stwierdziłem?
Ano pewnie nic odkrywczego, podejrzewam, że wielu podłamanych rozstaniem równolatków płci męskiej wpada na podobnie „genialny” pomysł. A mianowicie - nigdy już się nie zakocham, nie będę tego przeżywać drugi raz, od teraz zero związków tylko „zabawa”. „Zabawa” czyli seks bez zobowiązań i angażowania się. No i tak „się bawiłem” między związkiem z Asią a moją obecną partnerką wyjąwszy dziwną relację z DDA-czką, którą również w swoim czasie także w wątku opisałem.

Czy żałuję tego okresu w swoim życiu i tej - elegancko mówiąc - rozwiązłości? Swojego pustactwa?
Owszem, ale bardziej czuję zażenowanie wspominając tamten okres. I tutaj przytoczę 2 sytuacje, w których mimo tego, że byłem nietrzeźwy, zacięty i zmanierowany pod wspomnianym względem autentycznie się zawstydziłem.
Pierwsza wyglądała tak, że siedzieliśmy z kolegą i moim bratem, który był wówczas studentem u mnie na chacie przy flaszce. Potem mieliśmy gdzieś iść, jednak wcześniej siedzieliśmy i gadaliśmy, a mowa była o „przygodach”. Ja i kolega opowiadaliśmy o tej, o tamtej, niektórzy panowie pewnie niestety wiedzą jak takie rozmowy wyglądają. A brat słuchał i nic, czasami tylko się uśmiechnął. W końcu mój kolega powiedział do niego coś w stylu: „A ty młody co? Nic nam nie opowiesz?”.
A brat tak: „A ja nie mam nic do opowiadania, mnie puszczalskie (użył nieco innego słowa, ale nie synonimu prostytutki, tego lżejszego) nie interesują”.
Mnie zrobiło się tak wstyd, że najchętniej zapadłbym się pod ziemię. A i koledze zrzedła mina.
No małolat nas pięknie podsumował i nawet nie było tu o co bić piany, on powiedział o nas prawdę, chociaż nie wprost. Myśmy nie szukali takich dziewczyn, z którymi moglibyśmy nawiązać zdrowe, ludzkie relacje, myśmy zachowywali się jak zwierzęta. Ba, gorzej od niektórych zwierząt.
No, zabolało. Ale od czegóż jest alkohol, c’nie?

Drugi, dosadny tekst, który w pewnym sensie mnie poruszył usłyszałem od innego kolegi, starszego, także zmanierowanego i znudzonego. On z kolei w przypływie szczerości i % powiedział mniej więcej tak: „Krzysiek, mnie już się nie chce latać za tymi pannami, uśmiechać się, gadać, żeby ten teges. To jest onanizowanie się o czyjeś ciało, co to za różnica czy ja zrobię tak czy sam sobie przy filmie czy zdjęciu. To i to, to jest rozładowanie napięcia, nic więcej”.
Nie zgodziłem się z nim wtedy, ale dobrze zapamiętałem zarówno tę wypowiedź jak i gorycz, z którą ów kolega to mówił. Pustka emocjonalna, wypalenie, ziejąca czarna dziura - tak widzę to wszystko dzisiaj, a w słowach kolegi dostrzegam wiele prawdy.
Seks bez zaangażowania emocjonalnego czy chociażby nawet sympatii jest wg mnie niczym więcej jak kolejną czynnością fizjologiczną. Taką samą jak sikanie. Wysikasz się, czujesz ulgę, spuszczasz wodę i wychodzisz z wc o tym zapominając. Tyle, że w przypadku seksu robisz tym sobie kuku, a bywa, że i nie tylko sobie.
Moralizatorem czy stróżem czyjejś moralności nigdy nie będę, dorośli ludzie samodzielnie podejmują decyzje i sami ponoszą ich konsekwencje. Jednak na podstawie własnych doświadczeń i doświadczeń kolegów, którzy postępowali podobnie mogę rzec tyle - nie szanujesz ani siebie ani innych - to wróci w najlepszym razie nieprzyjemną moralną czkawką.
A po co to komu?

Tyle na dzisiaj, powoli zmierzam do półmetka, po którym będzie już „z górki” :P

Dobrego wieczoru :-H
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, Anetka

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/16 09:40 #1056

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Zanim zacząłem spotykać się z moją obecną partnerką znaliśmy się już wcześniej. Jak się poznaliśmy kiedyś napisałem, potem spotykała się z moim kolegą, ale nie takim normalniejszym, nie prowadzącym tak nienormalnego trybu życia jak ja czy moi bliżsi koledzy. Wówczas gość oczywiście wydawał się mi ostro rąbnięty, ogólnie chodziło o to, że był bardzo spokojny i miał jakieś (wg mnie wówczas) średniowieczne zasady. Ale jakoś go lubiłem, zawsze chwilę sympatycznie się pogadało tylko bab ma obecna zawsze przy tym robiła dziwne miny. Nie za bardzo wiedziałem o co jej chodzi, ale w sumie była to nie pierwsza panna, która robiła do mnie takie miny jakbym jej najechał rodzinną wieś, spalił i połowę wymordował.
Potem okazało się, że parę lat wcześniej bardzo czekała na telefon ode mnie, matka jej rzecz jasna nie powiedziała, że dzwoniłem, więc doszła po prostu do wniosku, iż ją olałem. A ja naprawdę wtedy chciałem się z nią umówić :lol: Cóż, wyszło jak wyszło, zaczęliśmy spotykać się później. Z owym kolegą rozstała się po paru miesiącach, przez jakiś czas po prostu wpadaliśmy na siebie „na” mieście, ale nic się nie działo, a potem nagle BUM i to jakby z niczego. Jednego dnia ze sobą prawie nie gadaliśmy, tydzień później już dałem jej klucze do swojego mieszkania, co było wręcz anormalne z moim ówczesnym podejściem do kobiet.
Jednak „ręcami i nogami” broniłem się przed jakimkolwiek poważniejszym zaangażowaniem, bardzo lubiłem powtarzać, że ja do żadnego związku się nie nadaję, ale bab w ogóle mnie nie słuchała. Patrzyła na mnie pobłażliwie, a czasami stukała mnie w czoło i pytała czy jest tam kto :ymdevil:
Najwyraźniej prócz Krzysztofa alkoholika (który wtedy jeszcze i długo później się nie czułem) jednak ktoś tam był, bo gadać gadałem, ale poza tym traktowałem ją tak jak traktuje się swoją dziewczynę. Chemia chemią, seks seksem, ale woziłem ją, czekałem na nią, płaciłem na mieście bez mrugnięcia okiem, a w dodatku - o zgrozo - w tym pierwszy okresie kilka razy ode mnie kwiatki dostała. Za które płaciłem jak za zboże, bo kupowałem spontanicznie, zwykle od tych kobit na Nowym Świecie. Koledzy poszli nieco w odstawkę, nie, że w ogóle, ale jak już się spotykaliśmy to tylko pogadać przy %, ale moje myśli uciekały do niej i jakoś niespecjalnie fajnie się bawiłem. Koledzy postawili szybką „diagnozę”: Krzysiek się zakochał, na co ja oczywiście, że niii, skądże. Jak nie zakochany to zauroczony mocno byłem na pewno, wcięty czy nie wcięty nigdy niczego bliższego w sensie intymnym o tej relacji nikomu nie opowiadałem. Co ciekawe w tym pierwszym okresie spotykania się z bab alkohol, przynajmniej pozornie, zszedł na drugi plan. Częściej bywałem fizycznie trzeźwy niż nietrzeźwy, nawet „lufy” na „lepszy sen” potrafiłem nie wypić. Ale też nie ma co się czarować - jednego dnia nie wypiłem, drugiego wypiłem, różnica była tylko taka, że spadła ilość. Jednak warto zauważyć też to, że ja byłem wówczas jeszcze młody, do 30 trochę mi brakowało. Ponadto przez te lata „zabawy” najwyraźniej mimo wszystko brakowało mi normalnej relacji z kobietą (powiedzmy - w miarę normalnej), więc choć gadałem swoje robiłem zupełnie coś innego.
Po niecałym roku powtórzyłem te swoje „ja się nie nadaję do żadnego związku” o raz za dużo i bab straciła cierpliwość. Powiedziała, że skoro tak to ona traci czas, bo chce być w związku, a ja nie i trzeba się rozstać już, gdyż później będzie jeszcze gorzej. I sobie poszła zostawiając mnie w stanie kompletnego osłupienia. Wprost nie mogłem w to uwierzyć. Wróci, pomyślałem. I wróciła, bo zapomniała mi oddać kluczy :ymdevil: Oddała i już w tamtym momencie wiedziałem, że to nie są żarty i przekomarzanie się. Ale myślałem tak - no trudno. Ona chce mieć jakiś związek, po studiach wyjść za mąż i pewnie narodzić masę dzieci, ja się do tego nie nadaję, nie ma o czym gadać. Ma rację, potem pewnie byłoby gorzej.
Humor jednak straciłem, bolało mnie to i choć znów zacząłem „bujać się” z kolegami jakoś nie miałem ochoty „bawić się” tak jak wcześniej. Zwyczajnie byłem ponury, burczałem na wszystkich po kolei, nic mi się nie podobało. Całkowicie „przypadkiem” zacząłem bywać w miejscach, które ona lubiła, spotkałem ją raz z koleżankami, potem przez parę następnych miesięcy wcale, przestała bywać tam, gdzie mogła mnie spotkać. No twardy bab i tyle. Zawzięty. Ale w końcu trafiłem na nią i jej przyjaciółkę któregoś dnia na Krakowskim. I znów ta chemia, taka sama, a może nawet silniejsza po czasie. Wredna jej przyjacióła (z którą przyjaźni się do dziś) powiedziała jej: „Gośka, nie rób tego” - tak normalnie, przy mnie, za co znielubiłem ją na jakieś 10 lat :mrgreen:, ale Gośce jak i mnie w tamtym momencie można było dużo pogadać ^^)
Po tym skapitulowałem - bab chce związku, niech będzie związek.

W tamtym czasie moje relacje z ojcem bardzo się poprawiły, poniekąd właśnie dlatego, że pojawiła się ona i zaczęła jakoś tak naturalnie wszystko załagadzać. Te relacje z tatą odkąd przekazał mi klucze były już takie raczej formalnie poprawne, to się polepszyło. Do tego stopnia, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać na neutralne tematy, ojciec przestał kręcić głową z dezaprobatą, a ja wywracać oczami i robić miny.

A jak było z piciem w tamtym czasie? Ano nierówno. Bab, podobnie jak moja pierwsza dojrzalsza miłość nie miała żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o chorobę alkoholową. Wiedziała, że „lubię wypić”, z tym ja się nie kryłem. Cały czas jednak przy tym pracowałem, wyjąwszy wakacje nie chodziłem napruty od rana do wieczora, spektakularnych ciągów nie miałem, nie rzygałem, więc tak jak ja wychodziła z założenia, że to moje picie jest „normalne”. Awanti bywały nie o picie, ale o to, że miałem wrócić o 22, a wróciłem napruty jak ta lala o 5, jednak nie były to sytuacje nagminne, to zdarzało się raz na 2-3 miesiące. Poza tym głównie piłem w domu, zmieniał się model mojego picia. Zwyczajnie przestało się mi chcieć łazić, w domu miałem wszystko, co potrzebne. Także towarzystwo w weekendy, choć okrojone, bo z jednym z moich najlepszych kolegów bab nie tolerowała się zupełnie. Ale z innymi tak, były też jej dwie najlepsze przyjaciółki, też często wpadały, ze wspomnianą wcześniej się nie dogadywałem, z drugą spoko. Nie prowadziliśmy jednak imprezowni, ot wpadali ci znajomi albo my gdzieś chodziliśmy, wszystko to jednak było, przynajmniej pozornie, kulturalne. Tzn - dla lubej to na pewno było kulturalne i nieszkodliwe, ona zawsze piła labo mało albo wcale, natomiast dla mnie... hm :-?

I tak sobie żyliśmy jakiś czas, niby w miarę spokojnie, do momentu, gdy nagle, praktycznie z dnia na dzień zmarł mój tato.

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Alex75, Xena, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/17 14:53 #1057

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Przerywnik.

Pozdrawiam wszystkich po pracy zdalnej, jutro mam sobie zrobić test - nie wiem po co, nie pytajcie mnie po co - i nawet jak wyjdzie ok to do pracy dopiero w czwartek :wmur: To, że niedawno robiłem te przeciwciała nie ma znaczenia, ale to nic. Jakbym jutro zrobił sobie je po raz kolejny - to nie, tak nie może być, musi być test. No to się umówiłem.

Syn do lekarza też jutro, bo dziś nie dało rady go zapisać, ale raczej jest przeziębiony, tyle, że porządnie. Choć temperatury już nie ma tylko stan podgorączkowy.

Reasumując - w domu siedzę ja, młodszy, starszy - w sensie, że ja do pracy nie mogę, oni do szkoły też nie, a kobita i teściu, tralalala, mogą sobie chodzić, gdzie chcą.
A, i jeszcze pani wychowawczyni syna młodszego zaczęła panikować i 2x dzwoniła jak on, czy to aby nie koronawirus. Za drugim razem zniecierpliwiony opowiedziałem, że nie wiem, ale humor i apetyt ma dobry (dziadka znów namówił na frytki, dziadek stał i smażył, a ja nawet nie mogłem nic powiedzieć, bo konfa przez neta), temperatura 37,1 i ogólnie dziecko całe w skowronkach, iż nie musiało rano wstać do szkoły :ymdevil: Także wątpię, by to było to, prędzej mu piątkowy wf na dworze z rana „wychodzi bokiem” :P, a przy okazji i mnie też :wmur:

Tyle na dziś, na bieżąco, z plusów - zjadłem normalny obiad o normalnej porze. I frytki :mrgreen:

Do „usłyszenia” :-H
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Tomoe, Zakapior, Annaannaanna

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/22 07:28 #1058

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Dzień dobry :-H ~O)

Cd „piciorysu” niebawem, prawdopodobnie w p. tygodniu dopiszę na spokojnie, chyba że mnie coś natchnie jutro. Ale raczej będę odpoczywać po kiepskim tygodniu :P

Syn zdrów był oczywiście ju w środę, natomiast ja zaliczyłem 2 wymazy, bo pierwszy pani pobrała mi tak, że próbka nie nadawała się do badania. Ależ byłem „szczęśliwy”, mówię Wam :ymdevil: Z przesłaniem wyniku też były jaja, myślałem już, że będę tam musiał jechać trzeci raz bnggfgbfb

Generalnie dochodzę do bardzo niewesołego wniosku - nie warto być uczciwym i informować, że ktoś w domu zachorował nie wiadomo na co. W każdym razie przestałem dziwić się, że ludzie o tym nie informują. Ta, z jednej strony można, owszem, oburzyć się, że jak to tak nie poinformować, przecież jednak jest ryzyko, iż to korona i wszystkich się pozaraża. Tyle, że jak informujesz to ludzie mają do Ciebie pretensje, bo Cię nie ma, podejrzewają ściemę, a na dokładkę jak już wracasz do tej roboty pewne rzeczy trza zrobić w biegu, bo nie wszystko da radę załatwić przez neta. O tym, że po ponad roku specjaliści jeszcze nie potrafią pobrać dobrze próbek za pierwszym razem i trzeba tę mega rozkosz zaliczać 2x (ale to nic, trzeba umawiać się, jeździć, a potem BŁAGAĆ o przesłanie wyniku, choć tu być może nfz działa sprawniej, nie wiem, firma ma podpisaną umowę z prywatną siecią medyczną) nawet nie warto wspominać. Zawracanie gitarry.
Anyway, jestem zdegustowany.

Z rzeczy zabawnych, bab w jakiejś mega promocji, z 50 kodami rabatowymi, dorwała taki zestaw naturalnych specyfików podbijających odporność. Imbir, kurkuma, camu camu, itd, itd - shooty takie w małych buteleczkach, herbata ziołowa, proszek do rozpuszczania w soku i tabletki. I - dawaj, będziemy to jeść jak kupiłam, samo zdrowie. Ja taki mniej entuzjastyczny, ale ok, sama natura teoretycznie, tyle, że w suplementach. Wiadomo, że gorsze niż naturalne witaminy, ale jak już kupiła, trudno, zje się.
Ludzie, słuchajta, super power. Rano wypiłem tego shoota, oczy mi się zrobiły jak pięciozłotówki jakbym ze 2 mocne kawy wypił. Do tego shake z tym proszkiem, a w pracy herbata ziołowa z żeń szeniem i innymi rzeczami. Powtarzam, skład całkowicie naturalny. W domu potem druga herbata, bo dziennie trza wypić dwie, jagody i oliwki w pigułkach, ok.
1:30 w nocy, oboje z lubą nie możemy spać. Leżymy i ona do mnie tak: ty, oni tam chyba amfetaminy dosypują bnggfgbfb

Żart oczywiście, ale pierwszy raz coś, co jest naturalne widocznie na mnie zadziałało. Tylko, że niekoniecznie tak jak się spodziewałem :P Choć wyszło na dany moment na plus, bo trzeba było podziałać intensywniej w pracy.
Prawdopodobnie jednak organizm musi przyzwyczaić się do tej porcji zdrowia. Chyba zdrowia :-?
Dziś po shoocie aż tak mnie nie trzepnęło, ale ciekawe, ciekawe.
Ciekawe czy już ktoś uzależnił się od tych produktów :ymdevil:

No ja w każdym razie nie zamierzam, ale reakcja organizmu (nie tylko mojego, bo bab przecież też) mnie zastanowiła. Także to, czy naprawdę to takie zdrowe jest.

Ale... może się czepiam. W każdym razie zastanawiające.

Tyle. Dobrego dnia dla wszystkich. I słońca. U nas, póki co, ze słońcem cienko.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): ursa, Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, darek70, Alex75, Anetka, Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/22 07:44 #1059

  • Tomoe
  • Tomoe Avatar
  • Wylogowany
  • Senior Forum
  • Senior Forum
  • Posty: 7398
  • Otrzymane podziękowania: 15602
Mnie po moim świętej (powiedzmy) pamięci Ignacym został dwuletni zapas witaminy D w kapsułkach, który zamówił dla siebie w jakiejś firmie farmaceutycznej i dostał w prezencie czeski ekspres do kawy.
Lubemu za bardzo ta witamina nie pomogła, ale piszą, żeby się suplementować bo chroni przed covidem, więc zażywam. Jeszcze mi na jakiś rok wystarczy.
Ekspres działa. :)
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Krzysztof Z., darek70, Anetka

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Tomoe.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/22 21:44 #1060

  • Anetka
  • Anetka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 449
  • Otrzymane podziękowania: 1405
Krzychu podeslij na priv nazwe tego cuda, bo ja lakne energi jak kania dzzu.
Ala Vit D moze i na covid , ale to slonce w tabletkach i dziala p/depresyjnie.Sama lykam kapsulki plus takie na wlosy.
Nie wiem czy dziala, ale jeszcze wstaje z lozka.U nas kazdy dziadek ma to przepisane przez lekarza domowego,
" Time changes" ..
Mój profil: Szczęścia mozna się nauczyć. Na forum od 2018
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Tomoe, Krzysztof Z., Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/23 07:56 #1061

  • Jaskolka
  • Jaskolka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Bo do marzen potrzebni sa ludzie
  • Posty: 1620
  • Otrzymane podziękowania: 2663
Krzysiu i ja się skusiłam na ten mega cud . Tylko u mnie obiecywali że schudnę. 4 msc piłam to (rano) i nic żadnej energii, schudłam 1.5 kg i tyle. Moja córka jej hobby to chemia, zajrzała do składu, i mówi, że w składzie nie ma nic do spalania tłuszczu tylko na dodanie energii. Zatem poprzez tą energię miałam więcej się ruszać i dlatego schudnąć. Moim skromnym okiem taki napój wywołuje stres organizmu , wprawiając go w ciągłe obroty. No na mnie nie podziałało, nic, żadnej energii, żadnej poprawy samopoczucia. Na koniec jeszcze upominali się o kasę, i musiałam dwukrotnie udowadniać że zapłaciłam, Na podstawie wyciągów z konta. Niesmak pozostał.
Pozdrawiam może ty masz coś innego. Ja miałam z Juice.
Są rzeczy, których będzie mi brakować, jak chociażby błysk w oku kiedy udaje Ci się mnie zrozumieć.
Za tę wiadomość podziękował(a): ursa, Dahud, Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/23 12:03 #1062

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Aneciu, wysyłam nazwę firmy na priva, aczkolwiek chyba mógłbym napisać i tu, bo ani to lek ani syntetyki tylko tzw „superfoods”.

Jaskółko, raczej mieliśmy coś innego, bo i firma inna i nic wspólnego to z odchudzaniem nie ma tylko ma podbić odporność na takiej samej zasadzie jak czosnek czy sok z czarnej porzeczki. Tyle, że to wyciągi, zioła lub koncentrat. Nie wiem czy działają w sensie poprawy odporności faktycznie, być może to tylko placebo, ja opisałem swoje wrażenia z pierwszego dnia :lol: Kurkuma w połączeniu z sokiem z cytryny, imbiru, białych winogron - to jest cały skład shoota, tu chemika nie trzeba, chyba że z laboratorium, by sprawdził czy tam jest faktycznie tylko to ;) :mrgreen:
No tak sobie żartuję, że ktoś w końcu pomyśli, iż naprawdę ta firma coś tam dosypuje bnggfgbfb Nie sądzę, myślę, że efekt zasadza się na tym, iż jest to skoncentrowana dawka witamin, którą w dodatku pije się na czczo, taki zastrzyk w płynie do wypicia. I o ile sok z cytryny to ja spożywam codziennie to pozostałych składników już nie toteż organizm się zdziwił.

Ale nadal podkreślam - ja nie wiem czy to działa w sensie czy naprawdę podbija odporność. Może tak, może nie, ot, bab kupiła, więc zjemy, a przy okazji dowiedziałem się paru nowych rzeczy np co to jest camu camu :lol: Tzn są. To jagody zawierające duże ilości wit C.

I taka refleksja, odpowiednia w tym miejscu - gdy piłem interesowały mnie tylko jakieś przydatne związane praktycznie wyłącznie z pracą lub codziennym funkcjonowaniem informacje, nic poza tym. Obecnie czasami pojawia się u mnie taka ciekawość trochę jakby dziecięca - jak coś działa, dlaczego działa, co jest zdrowe i czemu jest zdrowe, etc. Potrafię siąść i o czymś niby nieprzydatnym sporo poczytać, choć taka wiedza tak nie do końca jest mi potrzebna, ale chcę coś wiedzieć.

I tak odnośnie (Alu) witaminy D3 to najlepiej (podobno) brać kompleks D3+K2, a generalnie syntetyczna D3 jest najlepiej przyswajalna wraz z tłuszczami czyli należy ją brać po posiłku. Lub - powinna być w takiej olejowej kapsułce, ale jak nie jest to po posiłku trzeba ją zażywać. Wystarczy jednak spędzić 15 minut na słońcu, by zapewnić sobie naturalny pobór tej wit, wtedy suplementacja nie jest potrzebna.

Słowo Wam daję, że takich rzeczy parę lat temu nie wiedziałem, ba, nie obchodziły mnie. Dziś nie jest to może moja pasja, lecz uważam, że jakąś tam wiedzę, nawet okrojoną, ale zawsze jakąś warto na ten temat mieć. Niedobory D3 podobno mamy wszyscy ze względu na klimat, więc to warto w okresie jesienno-zimowym zażywać, fan kawy dodatkowo powinien brać magnez (a palacz to musowo), a niezwykle groźne są niedobory żelaza, choć akurat mnie one nie grożą.
To wszystko co napisałem powyżej rzecz jasna potwierdzi każdy lekarz, choć pewnie nie każdy zaleci suplementy, prócz witaminy D3 resztę można sobie zapewnić wprowadzając do diety konkretne produkty. I tak byłoby najlepiej, niestetyż znam życie, wiem jak jest, nie każdy ma czas na to, żeby pilnować dziennej diety, robić owsianki z tym czy z tamtym, lunche do roboty, etc. Wtedy po prostu trza wybrać mniejsze zło. Lepsze to niż szpital i np zastrzyki z żelaza w tyłek tj moja koleżanka z pracy sobie takie atrakcje zafundowała. I to młoda dziewucha.

Dobra, idę sobie. Następnym razem przysiądę już do cd „piciorysu”. Dziś sobie tutaj po prostu „pogadałem” towarzysko :lol:
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Tomoe, Jaskolka, Katarzynka77, Anetka, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/23 20:55 #1063

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
O śmierci ojca i ciągu alkoholowym, w który po nim wpadłem wspominałem wielokrotnie i u siebie i w innych wątkach. Uważam, że jest to jedno z ważniejszych świadectw, które ja mogę przekazać innym. Drugie to oczywiście pierwsze miesiące abstynencji. Nie będę więc znów szczegółowo wracał do tamtych wydarzeń, po prostu je streszczę i uzupełnię o pewne „ciekawostki” :wmur: , o których wcześniej nie wspominałem na forum lub nie pamiętam, żebym o nich wspominał. Zresztą część przypomniałem sobie po czasie, częściowo też opieram się na relacji kobity, która była tego świadkiem. Aczkolwiek już jakiś mocny czas temu przestałem ją dręczyć pytaniami, bo niezbyt lubi wracać do tego tematu, a w zasadzie tyle, co już wiem wystarczy.

Ojciec zmarł nagle. Miał zawał, był w szpitalu, ale nie spodziewaliśmy się, że umrze. Powiadomił mnie o tym telefonicznie brat, byłem akurat w pracy. To było coś takiego jakby ktoś mnie znienacka rąbnął w splot, dosłownie mnie przygięło. Szok. Nie, że nie mogłem w to uwierzyć, uwierzyłem od razu, ale doznałem jakiegoś tam szoku, w głowie mi się zaczęło kręcić, jak szedłem do szefa, żeby mnie zwolnił to niemalże od ściany do ściany jakbym był już nawalony. Nie wiem czy była to normalna czy nienormalna reakcja, nie widuję ludzi w takich momentach i z wyjątkiem bab, której zmarła babcia nie widziałem naocznie jak zachowują się po otrzymaniu takiej informacji. A bab zachowywała się inaczej, jej adrenalina poszła w górę i wybiegła od babci, potem dalej biegła, a potem to ju ją złapałem i musiałem trzymać, bo nie wiadomo gdzie by pobiegła. Inny rodzaj bólu, rozpaczy i płacz prawie natychmiast, no, może po 2 minutach. Ja nie płakałem, byłem bardziej jak ogłuszony. Żeby popłakać musiałem się nachlać i to już bardzo dużo mówi. Ale zanim się nachlałem musiałem (czułem, że muszę) zrobić kilka rzeczy.
Pierwsza najważniejsza myśl była taka: MAMA! Czyli musiałem wyjść z roboty, jechać do szpitala i być przy mamie. Nawet jeśli moje wsparcie było kijowe.
Nie pamiętam, kiedy „wymyśliłem”, że będę pił i to długo i dużo pił. Jednakże na pewno było to „doskonale” w stylu HFA przemyślane i zaplanowane. Do tego czasu dopóki nie zacząłem wdrażać tego planu w życie nie piłem, zacisnąłem ryło i chyba nic szczególnego przez ten czas nie czułem, a może i czułem tylko nie pamiętam. Trzeba było zająć się mamą, pogrzebem, wybrać trumnę, etc. Mimo, że fizycznie trzeźwy z tego okresu mam takie jakby przebłyski - siedzimy w zakładzie pogrzebowym, pani nam pokazuje modele trumien, potem wiązanki, te te takie koronki do trumny, mama płacze, ja siedzę jak kołek, brat jedyny ogarnięty w miarę patrzy na ceny, liczy, dopytuje się. Inny przebłysk - jedziemy do szpitala, a potem po akt zgonu do urzędu, jakoś tak to było. I błądzimy z bratem w tym urzędzie, ja w ogóle nie wiem gdzie trzeba iść, brat się na mnie wścieka. Potem sam zawozi ojca obrączkę chyba do tego zakładu pogrzebowego albo do kostnicy, bo jak tata zmarł to w szpitalu mamie tę jego obrączkę oddali i trzymała ją cały czas w ręce. Tzn jak ja tam przyjechałem to ciągle ją trzymała. Ostatnie pożegnanie niestety zapamiętałem najlepiej, a także to, że brat mi mówił: „daruj sobie, nie idź, zapamiętasz go takim jaki był, kiedy żył”. Oczywiście nie posłuchałem, nie wiem czy chciałem się dobić czy co, czy myślałem, że muszę tam iść, bo mama idzie, ciotki idą to co, ja, syn nie pójdę? Nie wypada. A brat nie poszedł, choć zwłok w życiu trochę się naoglądał. Nie chciał i już. Gośka też nie poszła.
Nom, a jak stamtąd wyszedłem to już nie ja mamę podtrzymywałem tylko mama mnie. Na szczęście niezbyt długo, bo dopadłem ściany, oparłem się i musiałem tak parę minut postać.
Wcale nie chodziło o to, że ojciec wyglądał jakoś strasznie. On długo nie chorował, nie był wyniszczony przez chorobę, ale... nie żył.
Po pogrzebie bardzo potrzebowałem się napić, ale miałem do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Musiałem wiedzieć, że nie skończy się na kielichu, dwóch czy pół litrze, bo nie chciałem zaczynać zanim tej sprawy nie załatwię. Czy raczej byłem pewny, że jej nie załatwię jak zacznę pić. Tak więc nie spałem całą noc, rano pojechałem do pracy i, moi drodzy, złożyłem wypowiedzenie.
Dziś wręcz zabawnym wydaje się mi, że trzeźwiejąc twierdziłem, iż nigdy nie straciłem pracy przez alkohol. A to niby co było? Aaa, sam zrezygnowałem. A dlaczego?
Żeby chlać.
To coś takiego jak z tym nie przepijaniem kasy na pralkę u Pilcha. Bohater twierdził, że nigdy nie przepił kasy na pralkę, bo nie zbierał na zakup pralki. W rzeczywistości zaś przepił tysiące pralek.
Szef szczęśliwy nie był, długo do mnie gadał, proponował różne rozwiązania, ale ja już podjąłem decyzję. Mógł mnie wywalić dyscyplinarnie, nie przejąłbym się, skalkulowałem ryzyko i konsekwencje. Nie zrobił tego i pewnie miałbym trzeźwiejąc niezłe wyrzuty sumienia, że tak go wystawiłem właściwie z dnia na dzień, ale potem wyszły takie „kwiotki”, iż faceta niespecjalnie mi żal. Okazało się, że wielokrotnie kłamał, oszukiwał urzędy, pracowników, no kręcił „lody” krótko mówiąc, a potem jeszcze ciągano nas po sądach jako świadków. Ale mniejsza z tym. Umowę ze mną rozwiązał za porozumieniem, a ja w drodze do domu kupiłem już 2x po pół litra. I zacząłem. Później już tylko uzupełniałem zapasy.
Nie pamiętam czy na drugi czy na trzeci dzień mogłem już uronić parę łez. Bez alkoholu to nie było możliwe.

Cd - wkrótce.

Spokojnej nocy, dobrego tygodnia %%- ~O)
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, darek70, Alex75, marcin, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/24 09:41 #1064

  • Annaannaanna
  • Annaannaanna Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 811
  • Otrzymane podziękowania: 2756
Aż się głupio wtrącić, nie mogę doczekać się dalszych części.
Z pracą miałam bardzo podobne doświadczenie. Zawsze twierdziłam, że pracy nigdy nie straciłam przez alkohol. Prawda była taka: ok 10 lat temu zarządzałam kilkunastoosobowym zespołem sprzedaży. Podjęłam kilka złych decyzji biznesowych, dawały mi się też we znaki nieprzespane noce, kace, kiepska kondycja rano, gdzie musiałam być skoncentrowana na zadaniach, a byłam skoncentrowana na tym, jak szybko dojść do siebie.
Wyniki były coraz gorsze, zaufanie pracowników chyba coraz mniejsze. W końcu sama złożyłam wypowiedzenie.
Potem przestałam pić wprawdzie, ale sama zrezygnowałam z fajnej pracy, bo konsekwencje mojego picia mnie przerosły. Przestałam radzić sobie w tej pracy po prostu. Tłumaczyłem sobie, że to dlatego, bo zmieniam miasto itd. Nieprawda, przecież mogłam pracować dalej w tej korporacji, zmienić tylko siedzibę. Nie zapytałam o przeniesienie, bo czułam już, że nic tam po mnie.
Więc tak. Straciłam pracę przez picie.
Za tę wiadomość podziękował(a): Tomoe, Krzysztof Z., Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/24 20:18 #1065

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Najbardziej kuriozalne i przeczące zwykłemu zdrowemu rozsądkowi było to, że ja owego ciągu po śmierci ojca nie sklasyfikowałem jako ciąg. Dla mnie to była „żałoba”, picie ze smutku, a nie żaden ciąg alkoholowy. Tej tezy broniłem jeszcze podczas terapii mając za sobą ponad 5 miesięcy abstynencji. Naprawdę wierzyłem w to, że to nie był ciąg, upierałem się przy tym i wściekałem na terapeutę czego on ode mnie chce, dlaczego mam w kółko opowiadać to samo, po co do tego wracać.
To pokazuje jak może myśleć alkoholik, który jest fizycznie trzeźwy już parę miesięcy, ale mentalnie nadal żyje w zakłamaniu, iluzji i wypiera oczywiste fakty.
Trzeźwy fizycznie nie oznacza trzeźwy. Problem nie leży w samym spożywaniu alkoholu i nie rozwiązuje się samoistnie po zaprzestaniu picia.

Wracając do ciągu - tu wspomnienia mam ostro poszatkowane, podobnie jak te pomiędzy śmiercią taty a pierwszym kieliszkiem po niej. Tyle, że to łatwiej wyjaśnić - no po prostu chlałem. Każdy dzień był podobny, jedyne urozmaicenia to pobełkotałem koledze przez telefon, pokłóciłem się z Gośką, pokłóciłem się z bratem, a tak - piłem. Rozmawiałem w tym czasie z psem, to pamiętam, pamiętam, że budził mnie z pijackiej drzemki głód nie alkoholowy i to taki wściekły, wtedy wrzucałem w siebie prawie wszystko co popadnie lub zamawiałem pizzę z dominosa, która wchodziła mi najlepiej. Nie jestem w stanie precyzyjnie określić ile alkoholu wypiłem w tym czasie, ile wyrzygałem (ale „dzielnie” piłem dalej :wmur: ), pizzą też rzygałem, ale jakoś chyba pod koniec „zabawy”, co akurat wryło się mi dość mocno w pamięć, bo było mega obrzydliwe i męczące. I masakrycznie śmierdziało. Ostatecznie organizm zaczął odmawiać współpracy w sensie ja chciałem pić, a odruch wymiotny pojawiał się zanim podniosłem szklankę do gęby. To akurat pamiętam, że gdzieś opisałem. Nie pamiętam czy doszedłem do wniosku, że trzeba pić mniej, czy w ogóle byłem w stanie dojść do jakiś wniosków, najprawdopodobniej jednak zwyczajnie zostałem zmuszony przez własny organizm do tego, by wyhamować. Nie znaczyło to wcale, że wylałem resztę alko i więcej w trakcie tego konkretnego ciągu nie poszedłem do sklepu. Tak dobrze to nie było. Dalej piłem, ale mniejsze ilości. Zabrzmi to idiotycznie, bo cały czas byłem pijany, ale, że tego alkoholu było mniej, jakby nieco przetrzeźwiałem i odezwał się u mnie nie tyle głos rozsądku, co głos wysokofunkcjonującego alkoholika, a ten głos mówił: ogarnij się! Kasa! Praca! Nie ma pracy, nie ma kasy!
Nie ma kasy = nie ma chlania.
No i zacząłem się „ogarniać”.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że po tym ciągu przestałem w ogóle myśleć o śmierci ojca. Jakby to się nie wydarzyło albo inaczej - wydarzyło się, ale nie niespełna 2 miechy wcześniej tylko co najmniej 5 lat temu.
Podczas terapii pani psycholog trafiła w punkt. Powiedziała po rozmowie ze mną odnośnie tego ciągu i moich pretensji kierowanych w stronę terapeuty mniej więcej tak: „Ale pan nigdy nie przeżył żałoby po ojcu. Pan ją przepił. Dlatego to teraz tak pana boli”.

O ile z terapeutą kłóciłem się, zawzięcie wypierałem i powtarzałem swoje to ta kobita, z którą wówczas nawet nie miałem żadnych zajęć tymi paroma zdaniami roztrzaskała w proch tamtą iluzję. W 5 sekund.

Wspomniałem kiedyś, że uciekałem na terapii przed panią psycholog. To było właśnie tamten moment. Odwróciłem się na pięcie i zwiałem.
Czemu? Chyba był to kolejny odruch obronny - jakbym nie zwiał to nie tyle bym się rozpłakał, a ryknął i ryczał nie wiadomo ile.
A tak zwiałem, wyleciałem przed budynek, ale do bramy nie dobiegłem, nieco się opanowałem. Postałem sobie opierając się o ścianę pewnie kilkanaście minut, koledze machnąłem ręką, żeby dał mi spokój, a do środka wróciłem dopiero wtedy, gdy uznałem, że raczej już nie zrobię żadnego widowiska.
Z terapeutą więcej konfliktów nie miałem, a tej pani psycholog jestem wdzięczny do dzisiaj. Być może w końcu sam doszedłbym do właściwego wniosku, być może w sensie terapeutycznym to był duży błąd i ogromne ryzyko, że „się cofnę” albo nie wytrzymam psychicznie takiej „cegły na łeb” znienacka, ale koniec końców mnie to wyszło na dobre. Przestałem „wiedzieć lepiej”, a zacząłem słuchać i zastanawiać się.

Cd, jak zwykle, następnym razem.

Dobrej nocy %%-
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, mandala, Alex75, Xena, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/24 21:40 #1066

  • Anetka
  • Anetka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 449
  • Otrzymane podziękowania: 1405
czekalam na cd Krzychu
Nie wiem co powiedziec....
Ja pochowalam obu rodzicow...na trzezwo.Ojca znienacka z identyfikacja zwlok w kostnicy..mame po dlugiej chorobie.Kiedy czytam jak bardzo probowales wyzybc sie uczuc zaloby chlaniem, mysle sobie...dlugo myslalam,ze ja chyba zupelnie tego nie przezylam.
To bylo jak wykonanie obowiazku.Cos tak plakalam, ale nie mialam tak ,ze tesknie, rozpaczam...jakby wogole nic nie czula.
To wszystko jest zatarte przez czas..ojciec 22 lata matka 11lat.
Przezylam smierc meza...jak przyjechalam do jego mamy, weszlam do pokoju..a on lezal na wersalce w poscieli.Glowe mial juz lodowata, ale cialo jeszcze miekkie i cieple.Siadlam obok niego, glaskalam go, cos do niego mowilam, bylismy sami we dwoje i wyszlam.Ale najgorsze bylo odrzucenie i obwinienie mnie przez jego rodzine, brzydkie slowa , ktore padly wtedy pod moim adresem.
Potem dziwnie bylo z czasem..od totalnego wyparcia, ulgi, zasmiewania przez picie, placz i oskarzanie i zal.
Tu juz te wahadlo emocji bujalo sie mocno.
Zastanawiam sie czy piles z rozpaczy, czy smierc byla wytlumaczeniem do ciagu, ktory kumulowal sie w Tobie w jakis sposob, a smierc taty byla zapalnikiem.
Zazdroszcze ludziom tak silnej wiezi z rodzicami.
Ja sie podejrzewalam, ze nie umiem ich kochac i popsuta jestem emocjonalnie, jak zamrozona.Nie brak mi ich, nawet nie wiem jakby to bylo isc do taty czy mamy po rade czy pomoc.
" Time changes" ..
Mój profil: Szczęścia mozna się nauczyć. Na forum od 2018
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Krzysztof Z., Alex75, Xena

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Anetka.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/24 22:40 #1067

  • Anetka
  • Anetka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 449
  • Otrzymane podziękowania: 1405
PS nie mogę już edytowac
Krzychu jednak przypomniałam sobie
Jest ktos, po Kim płakałam codziennie 3 mc,a w żałobie byłam 3 lata.
Nie chce o tym pisać oficjalnie, mogę na priv... ale tak..
wiem jak to jest. Byłam już po terapii, przeżyłam tamta żałobę absolutnie na trzezwo.
" Time changes" ..
Mój profil: Szczęścia mozna się nauczyć. Na forum od 2018
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/25 16:50 #1068

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380

Zastanawiam sie czy piles z rozpaczy, czy smierc byla wytlumaczeniem do ciagu, ktory kumulowal sie w Tobie w jakis sposob, a smierc taty byla zapalnikiem.


Anecia, a po cóż tak to komplikować? Piłem, bo byłem (i jestem) alkoholikiem. To choroba postępująca, można nie pić przez lata ciągami bądź ciągi będą mniej destrukcyjne (jak u mnie wakacyjno-urlopowe), można i latami być w ciągu czyli pić codziennie mniejsze ilości, ale... w końcu każdy czynny o ile nie zacznie skutecznie się leczyć zaliczy taki ciąg.
Powód jest jeden - choroba alkoholowa. Bo pretekst zawsze się znajdzie.

Nie ma się co czarować i usprawiedliwiać jak ja to długo robiłem czy śmiercią ojca czy jakąś inną ciężką sytuacją życiową. Gdyby mój tato żył i cieszył się dobrym zdrowiem po dziś dzień to zmieniłoby tylko tyle, że nie przepiłbym żałoby, ale coś innego.

Jestem tego tak samo pewny jak faktu, że rejestracja na poprzednim forum (moim pierwszym o tej tematyce, to jest drugie) albo wręcz uratowała mi życie albo przynajmniej kawał życia. Bo w tamtym momencie „walczyłem z alkoholem” próbując kontrolować picie i dosłownie ciągnąłem resztką sił. Miesiąc, dwa, może max do pół roku (choć wątpię, żeby tyle) i bym popłynął.

Btw - ja z ojcem przed jego śmiercią nie miałem jakiś super kontaktów. One były poprawne, neutralne, ale tylko pozornie. Tak wypadało.
Miałem żal, miałem pretensje czy raczej to we mnie siedziało, zalane morzem alkoholu, ale so what? Nawet jak na co dzień o tym nie myślałem, a z czasem „zapomniałem” o co mi chodzi to i tak mój stosunek do ojca był... zimny.
Co nie znaczy, że go nie kochałem.

***

Paskudna pogoda dziś i jakoś spać się mi chce, więc pewnie już niczego z siebie nie wykrzeszę :P Zresztą mamy potem wybierać prezenty na Dzień Dziecka, także ten...

Do następnego :-H
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Zakapior, Katarzynka77, darek70, Anetka

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/25 19:38 #1069

  • szekla
  • szekla Avatar
  • Wylogowany
  • Współtwórca Portalu
  • Współtwórca Portalu
  • Naczelna Wiedźma
  • Posty: 18975
  • Otrzymane podziękowania: 30748
Można też sie najpierw upić a powód dopiero potem wymyśleć ^^)
Słowo raz wypuszczone nigdy nie powróci.

Emilka Alkoholiczka
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, jerzak, Krzysztof Z., Zakapior, darek70, Alex75, Annaannaanna, Anetka

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/28 17:25 #1070

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380

Można też sie najpierw upić a powód dopiero potem wymyśleć ^^)


Pewnie tak, choć ja z reguły picie planowałem (oczywiście jak mnie pytano czy tak było odpowiadałem, że niii, a skąd :ymdevil: ).

Na wszelki wypadek chciałbym wyraźnie podkreślić, że opisanego ciągu po śmierci ojca NIE USPRAWIEDLIWIAM w takim sensie, że „miałem powód”. Raczej chciałbym podkreślić to, że alkoholizm jest taką chorobą, która - a z nią i chory - nie uszanuje niczego, nie ma dla niej żadnej świętości. Alkoholik może przepić żałobę, chrzciny, kryzysową sytuację w życiu lub na odwrót, sukces - zamiast okazać szacunek zmarłemu czy przeżyć normalnie radość z jakiejś okazji to nie, nachla się. I jeszcze będzie idiotycznie tłumaczył. Jak nie innym to przed sobą.
Generalnie osobie uzależnionej żaden powód do picia nie jest potrzebny.
Natomiast samo uzależnienie ma już swoje źródło bądź źródła. Tyle, że o nich w pijackim widzie się nie pamięta.

Ja bardzo przepraszam, wiem, że przynajmniej jedna osoba czeka na cd mojego „piciorysu”, ale w tym i p tygodniu - niewyróbka. Teściu wraca do siebie w przyszły weekend, będziemy jeszcze razem świętować od jutra Dzień Dziecka, a potem powoli pomagać się mu pakować. Ja go za tydzień odwożę wraz z bratem, bo trzeba pomóc mu tam na miejscu ogarnąć pewne rzeczy, ale nie rozstajemy się na długo. Tzn bab tam pojedzie z chłopakami zaraz jak tylko skończy się szkoła, a ja dojadę nieco później.
Także cd będzie na pewno, ale jak znajdę nieco czasu, by to spisać na spokojnie.

Z newsów - bab idzie do pracy od 1 sierpnia. Bardzo zadowolona. Ja mniej :P
Ale o tym też przy okazji.

Pozdrawiam wszystkich, dobrego weekendu!
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, mandala, Alex75, marcin, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/30 17:17 #1071

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
A jednak napisałem „co nieco” wczoraj wieczorem na brudno :P Nie wiem jednak czy ktokolwiek będzie miał siłę przeczytać to do końca :lol:
Ale wrzucam. Ciąg dalszy będzie, nie deklaruję kiedy, bo może znów mnie coś natchnie późnym wieczorem, ale gdyby nie - proszę o wyrozumiałość.

Dzisiaj oceniam swój stan po opisanym z grubsza ciągu po śmierci ojca jako tragiczny. We łbie właściwie miałem jedno - natychmiast szukać pracy. W ogóle nie wziąłem na poważnie tego, co mówi do mnie Gośka, uznałem te słowa za focha, szantaż mający mnie skłonić do konkretnego zachowania (chce, żebym błagał i przepraszał, o na pewno nie), wyprowadzkę za popis, generalnie zbytnio się nie przejąłem. A nawet można powiedzieć, że obraziłem się, no bo jak to tak - ja tu żałobę po ojcu „przeżywałem”, a ona jakieś pretensje ma i coś brzęczy. Niech sobie idzie i ochłonie tydzień czy dwa, ja tu teraz mam ważniejsze sprawy na głowie.
Gośka oczywiście sama z siebie nie wróciła, co już opisywałem, ale dodatkowo czekała mnie przykra niespodzianka. Otóż mój wyuczony zawód jest na tyle mało popularny, że znalezienie pracy z reguły nie stanowi problemu. Wtedy też nie stanowiło, ale problem stanowiłem ja. Chciałem pracować przy konkretnych rzeczach, projektach, nie tam, gdzie pracę dostałbym „od ręki”. A tu zonk - akurat w tej branży albo nikt nie potrzebował pracownika na etat albo oferowano jakieś dziwaczne warunki i niską płacę. Na zlecenia, o dzieło czy nawet na czarno, bo i tak w tym zawodzie można było pracować to ja miałem kilka propozycji, ale nie chciałem z nich skorzystać. Kolega, który kiedyś mi pomógł sugerował robotę w państwowej firmie, tam dostałbym umowę po 3 miesiącach, ale płacili tyle, co kot napłakał i zresztą do tej pory tak samo płacą. W końcu dostałem propozycję również na czas określony, ale w nieco innej branży, która mnie zaciekawiła. Pomyślałem, że spróbuję, a w międzyczasie będę szukać czegoś innego na stałe. No i o dziwo to wypaliło. Była to praca, która, pomimo mojego zaburzenia, podobała się mi bardzo i lubiłem ją. Wymagała pewnego przygotowania teoretycznego, którego nie miałem, więc... wieczorami uczyłem się jednocześnie popijając drinki. Nie upijałem się do tego stopnia, by niczego nie zapamiętać, przeciwnie. Uczyłem się i piłem, choć można powiedzieć, że było to bardziej sączenie. Nie szło pół litra tylko ćwiartka, 200, 300. I cola. Czystej wtedy nie piłem.
No i tutaj muszę zrobić przeskok. Zanim trafiłem na terapię myślałem, że jestem jakimś dziwadłem. Szczerze mówiąc do dziś zadziwia mnie jakim cudem ja mogłem tak funkcjonować. Z jednej strony totalna sieczka we łbie od alkoholu, ale w pracy sobie radziłem. Dopiero na terapii poznałem podobnych alkoholików do mnie. Takich, którzy pili i uczyli się, zdawali egzaminy, wydajnie pracowali po kilkanaście lat zanim alkohol zaczął im „przeszkadzać”. Tzn przeszkadzał im cały czas w życiu, budowaniu relacji, ale nie zaburzał na tyle ich rytmu w robocie, by zostali wylani czy coś totalnie zawalili. To u wielu osób zadziało się o wiele później, a u niektórych w ogóle, bo jak zaczęło się sypać w pracy doznali „olśnienia”, że za moment stracą wszystko przez chlanie. Ten mój śp kolega, który zginął tragicznie w ub r był jedną z takich osób, w firmie dawali mu kolejne szanse, gdyż był wysoko wykwalifikowanym, dobrym pracownikiem... do czasu. Wiedział, że cierpliwość przełożonych się kończy, a tu chata do spłacenia, inne rzeczy do płacenia i będzie bardzo duży problem, bo jak świetny by nie był to nie miał już 30 czy nawet 40 lat. Ponadto w nowej pracy nie mógłby liczyć na taką wyrozumiałość. Poszedł więc na terapię, choć wg mnie ze złą motywacją - nie chciał stracić pracy, a nie przestać pić dla SIEBIE SAMEGO. I tak nie pił, pił, nie pił, pił aż zginął tragicznie i myślę, że choroba miała w tym duży udział.
Wracając do mnie. Uczyłem się, piłem, ale pracowałem i przypomniałem sobie wreszcie o Gośce, że coś za długo tego focha odstawia. Potem - w wielkim skrócie (bo też to opisywałem) - rozszerzyłem działania o błaganie jej o to, żeby wróciła. Picie byłem zmuszony zredukować jeszcze bardziej, bo w kółko do niej jeździłem, by odstawiać „cyrki” z klękaniem w śniegu, spaniem w samochodzie, kwiatami, których nie przyjmowała, obietnicami, etc. Przy tym nie mogłem sobie niczego wypić, bo raz, że auto, a dwa jakby wyczuła to zdawałem sobie sprawę z tego, iż wszystko pójdzie na marne.
To, co napiszę teraz będzie okropne, ale było jak było. Ja może bym i prędzej sobie odpuścił to jeżdżenie i inne „wygłupy”, bo to wcale przyjemne dla mnie nie było tylko upokarzające, ale do Gośki podbijał miejscowy amant. Pierwszy raz w życiu poczułem realne zagrożenie, wprawdzie miałem kupę maskowanych piciem kompleksów, ale nigdy nie miałem kompleksu na punkcie wyglądu. Ale typ wyglądał lepiej ode mnie, nawet mentalnie nawalony potrafiłem dostrzec i to, i to, że to nie jest „wieśniak” (chociaż przez wiele lat później tak go właśnie nazywałem - kompleksy Krzysiu, oj, kompleksy). Poza tym jakby chciał to by mi pewnie facjatę porządnie obił, a przynajmniej fizycznie wyglądał na takiego, który ma na to spore szanse. Tak więc nie, że nie miałem wtedy chęci na konfrontację (bo pierwszy raz wyraźnie miałem na to ochotę) tylko zwyczajnie obawiałem się, że gość mnie sklepie i będzie taki wstyd na tej wiosce, iż nie będę miał tam po co się pokazywać.
Zobaczcie jakie ja miałem myślenie - niby dojrzały facet, nie gówniarz, a pobiłby „wieśniaka”, ale się boi, że sam dostanie łomot. I bynajmniej nie chodzi o tę obawę tylko w ogóle myślenie o pobiciu drugiego człowieka.
Myślę, że ja naprawdę w swojej czynno-alkoholikowej „karierze” miałem sporo szczęścia, że nikogo nie uderzyłem, bo takie myśli miewałem wielokrotnie. Pod koniec tej „kariery” praktycznie na okrągło. Ale nie będę uprzedzał faktów. Gośka chciała mieć rodzinę, obiecałem, że będziemy mieć rodzinę. Chciała, żebym ograniczył picie - to też obiecałem. Chciała, żebym zerwał jedną znajomość... bardzo chamsko ją zerwałem, kolega ma do mnie żal po dziś dzień. Ogólnie rzecz biorąc chyba nie było wtedy rzeczy, której bym jej nie obiecał, wówczas wydawało się mi, że szczerze. Na tyle szczerze, że starałem się dotrzymać tych obietnic.
Sęk w tym, że obiecywałem także coś, czego tak naprawdę nie chciałem. Nie chciałem mieć dzieci, w ogóle nie wyobrażałem sobie w roli ojca, nigdy o tym nie marzyłem ani nawet nie myślałem, ale wykombinowałem sobie tak: zanim znajdzie w ciążę to minie rok, dwa albo i 10, więc nie będę przejmować się tym teraz, ważne, żeby wróciła. A może w ogóle nie zajdzie, może nie może mieć dzieci albo ja nie mogę. Mało istotne. W najgorszym razie i tak ona głownie będzie zajmować się dzieckiem i będzie szczęśliwa, a ja ten rok czy dwa wycia oraz pieluch jakoś zniosę. Byle wróciła. Picie ograniczę, co za problem, przecież nie mam z tym problemu, pijany non stop nie chodzę. Także luuuz.
Tak sobie mniej więcej w tym czasie myślałem, przyszłość jednak miała wobec mnie nieco inne plany. Luba także.

Po tym, gdy urodził się mój pierwszy syn nastąpił mój najdłuższy, wymuszony okolicznościami okres abstynencji trwający +/- 4 miesiące. W kontekście trzeźwienia zupełnie nic mi to nie dało - ani nie trzeźwiałem ani nie uznałem siebie za alkoholika. Wielu rzeczy z powyższego okresu nie pamiętam, ale pamiętam, że cały ten czas żyłem w stresie. Syn urodził się za wcześnie, Gośka spędziła z nim 3 tygodnie w szpitalu. Codziennie jeździłem i strasznie się tam męczyłem. Sytuacja mnie przerastała ewidentnie, ale chyba nie za wiele myślałem. Teoretycznie wiedziałem, co mam robić, co powinienem zrobić i robiłem to, tzn tak mi się wydawało. Jeździłem, robiłem zakupy, siedziałem, woziłem syna w takim przeźroczystym wózku szpitalnym jak już było można, bab była tak zmordowana tym wszystkim, że każdą wolną chwilę wykorzystywała na to, by się przespać, a mnie poleciła go pilnować no to pilnowałem. Wcześniej, kiedy jeszcze leżał na oiomie pod monitorami o kablami chyba się nie bałem, a przynajmniej jakoś mocno świadomie tego nie odczuwałem. Pierwsze, co mnie nieźle przestraszyło to jak pani położna zaczęła MI pokazywać jak zmienia się pieluchę. Pomyślałem, że w życiu tego nie zrobię. Nie chodziło o obrzydzenie, ale syn był wg mnie przerażająco mały no i gdzie ja do takiego malucha z takimi wielkimi łapami, przecież mu zrobię krzywdę. Ogólnie przez jakieś 2 miesiące bałem się własnego dziecka, na szczęście przez pierwszy miesiąc po wypisie bab zajmowała się nim sama, wręcz warczała jak ktoś chciał jej pomóc. Jednak potem zaczęła być tak zmęczona, że zakomunikowała mi, że muszę jej zacząć pomagać. W ogóle nie było dyskusji. Pamiętam, że jak już musiałem zmienić pieluchę robiło się mi gorąco, pociłem się jakbym węgiel w kopalni przerzucał, a jak w międzyczasie jeszcze syn się rozdarł włosy stawały mi na łbie z przerażenia. Teraz to może wydawać się śmieszne, ale wówczas wcale do śmiechu mi nie było. Musiałem też go odbekiwać i to była dopiero loteria - rzygnie mlekiem czy nie. Obrzygał mnie nie wiem ile razy, z 15 razy obsikał, 2 razy zaczął robić „dwójkę” w trakcie zmiany pieluchy przy czym raz porzygałem się ja. Jedynym czego stanowczo odmówiłem było samodzielne kąpanie go, nie dość, że był taki mały to jeszcze śliski i dostawał w wodzie jakiegoś nadspodziewanego powera. Ogólnie nie jadł normalnie przez pierwsze miesiące, Gośka walczyła, żeby przynajmniej zaczął jeść z butli, bo nie umiał, karmiła go strzykawką, to się nazywa „po palcu” co 4 h. Takie rzeczy pamiętam, bo często musiałem ją budzić, sam tego nie ogarniałem.
Nie piłem, bo... ciągle było ryzyko, że trzeba będzie jechać do szpitala, gdyż mogło coś się zadziać. Szczęśliwie nie zadziało się nic, syn rósł i przybierał na wadze, w końcu nauczył się też jeść z butelki i dawać znać wyciem, kiedy jest głodny. Z takich ciekawych rzeczy, których w tym czasie się dowiedziałem i zapamiętałem to wcześniaki często nie sygnalizują głodu, bo nie potrafią, dlatego rodzic musi tego pilnować i karmić regularnie, a nawet budzić na jedzenie. Nie ma, że wcześniak sobie prześpi posiłek, bo kolejnego może nie mieć siły „uciągnąć”.
No w każdym razie te narodziny syna i pierwsze miesiące po nie tak sobie wyobrażałem. Nie pamiętam z tego czasu głodów alkoholowych (ale mogłem ich nie identyfikować), nie pamiętam czy chciało mi się pić (choć pewnie tak), za to cały czas chciało się mi spać. Piłem hektolitry kawy, Gośka też. Ona schudła w tym czasie 15 kilo, ja nie wiem, ale też mi waga poleciała w dół, choć na pewno mniej. Bo nie jedliśmy, a jak już to byle co. Kanapki. Zupę od mamy. Ja jeszcze coś tam w pracy czy po drodze, „na mieście”. Dziecko było na pierwszym miejscu. U lubej to był instynkt macierzyński, u mnie - ciężko powiedzieć. Praca przestała mnie cieszyć, w ogóle chyba nic mnie nie cieszyło, łaziłem jak zombie. Co 4 h dzwonił u nas budzik, ustawiony tak daleko, żeby z łóżka nie można było go wyłączyć. Spacery... dostawałem dziecko w wózku i zadanie. Szedłem mając nadzieję, że prześpi całość i nie zrobi „dwójki”. Najczęściej w tym czasie dość cicho rozmawiałem przez tel, nieważne z kim, nieważne o czym, byle jakoś przetrwać taki spacer. Nawet z przyjaciółkami lubej konferowałem czyli konkretna desperacja. Po tych około 4 miesiącach, mimo że syn wymagał reha polegającej na wykonywaniu ćwiczeń, można było uznać, że bezpośrednie niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Z ulgą mogłem wrócić do picia. Nie było jednak wyraźnego dramatu, bo... chyba bardziej niż pić chciało się mi spać. Większe ilość alkoholu zacząłem dopiero w sierpniu, na urlopie. Pojechaliśmy wtedy na pierwsze krótkie wakacje z synem nad morze.
Istotną „zmianą” po ciągu po śmierci ojca było to, że przestałem potrzebować towarzystwa do picia. Wcześniej zdarzało się mi pić samotnie alkohol, ale nie było to nagminne. Wolałem pić z kimś, w towarzystwie. Potem to przestało mieć znaczenie, zacząłem dobrze „bawić się” sam. Sporadyczne stało się picie na imprezach, a „na mieście” to już w ogóle. Stwierdziłem, że to jest nieopłacalne, a wydatki na dom rosły. Ponadto jeśli gdzieś wychodziłem lub uczestniczyłem w jakiejś imprezie bardziej się upijałem. Dom stwarzał jakąś dziwną iluzję większej kontroli. No i istotne - bab raczej ignorowała to, że piję w domu. Myślę, że tutaj było grane kilka rzeczy - nie miała pojęcia czym jest choroba alkoholowa, trzeźwy czy pijany byłem pod ręką, nie, że nie wiadomo gdzie i dziecko. Była zajęta dzieckiem, ja wylądowałem hen daleko w domowej hierarchii. Podejrzewam, że nie tylko za dzieckiem, ale i za psem. Jednak nie martwiło mnie to, mogłem sobie spokojnie „sączyć” oglądając przy tym na słuchawkach coraz głupsze filmy. Przez kolejne lata nazywałem to relaksem.
W tamtym czasie miało miejsce kilka niefajnych sytuacji związanych z tym, że nadużyłem alkoholu właśnie na imprezach. Były to ostre kłótnie pod wpływem z członkami dalszej rodziny. O to bab miała pretensje i nawet przyznawałem jej słuszność. Niestety prócz tego przyznania, że ma rację, nie zrobiłem nic ani niczego nie próbowałem przemyśleć.

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, szekla, Magda, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, mandala, darek70, Alex75, marcin, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967 i jeszcze 1 innych osób również podziękowało.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/05/31 18:44 #1072

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Dobry wieczór

Na wstępie chciałbym sprostować jedną rzecz z poprzedniego wpisu, gdyż nieprecyzyjnie się wyraziłem o tutaj:

wieczorami uczyłem się jednocześnie popijając drinki. Nie upijałem się do tego stopnia, by niczego nie zapamiętać, przeciwnie. Uczyłem się i piłem, choć można powiedzieć, że było to bardziej sączenie. Nie szło pół litra tylko ćwiartka, 200, 300. I cola. Czystej wtedy nie piłem.


Nie chodziło mi o to, by bagatelizować powtarzające się picie 200-300 ml wódki w trakcie nauki czy jakiejkolwiek innej pracy, czy dla „relaksu”, w samotności. To nie jest normalne, to jest choroba. Ja to wówczas bagatelizowałem, ponieważ wówczas jak na moje możliwości fizyczne nie były to duże ilości. „Dobry” to ja byłem dopiero po pół litrze, a potrafiłem wypić więcej bez zwrotów. Rzygałem wtedy, gdy byłem przepity i organizm zaczynał brutalnie się bronić, ale to działo się wtedy, gdy albo piłem przez kilka dni większe ilości albo jednorazowo, ale po ilości znacznej. Punkt graniczny to było mniej więcej 3/4 do litra alkoholu. Nie potrafiłem jednak i nie potrafię jednoznacznie określić czy wypijanie tej ilości świadczyło o wzroście tolerancji na alko, bo odkąd pić wódkę to zawsze mogłem jej wypić sporo. Podejrzewam, ale pewien nie jestem, że pod koniec „kariery” czynnego „pijaka” tolerancja mi spadła. Nie to, że bełkotałem i zataczałem się po ćwiartce, ale czułem, iż tę ćwiartkę wypiłem. W latach wcześniejszych ćwiartka to było dla mnie tyle co dla psa mucha. Ot, dwa słabe driny na „podkarmienie” nałogu. Choć oczywiście nie zdawałem sobie z tego sprawy.


Druga ciąża lubej nie była planowana, ale też nie była niechciana. Kolejne dziecko byłoby raczej i tak tyle, że nieco później. W trakcie tej ciąży i zaraz po znów miałem wymuszony okres abstynencji, ale drugi syn urodził się terminowo, gdyż już było wiadomo czemu pierwszy przyszedł przedwcześnie na świat. Był duży jak na noworodka, ważył konkret, bo trochę ponad 4 kilo, jadł normalnie. Problem ze starszym synem i tym, że długo nie mówi został wyjaśniony w sensie pozytywnym, więc co? Szybciej mogłem wrócić do picia :ymdevil:
Mniej więcej wtedy wyraźnie zaczęły się „schody”. Wprawdzie bab nigdy nie czepiała się tego, kiedy w domu wieczorem wypijałem 2-3 drinki, po których nie bełkotałem i zachowywałem się względnie normalnie, ale zaczęła czepiać się większych ilości. Ponadto, co widzę teraz, systematycznie, właściwie non stop rozwalała w drzazgi cały mój komfort picia. Już nie mogłem „bezstresowo” się napić, kiedy miałem ochotę, bo cały czas czegoś ode mnie chciała :grin: A czego konkretnie?
Ogólnie rzecz biorąc niczego nadzwyczajnego. Chciała po prostu, żebym zachowywał się jak mężczyzna mający rodzinę, a nie jak szczyl, którego interesuje tylko bara bara, posadzenie tyłka przed kompem i pełna szklanka, niekoniecznie w tej kolejności. No i jeszcze lodówka, o, lodówka też mnie interesowała, ale nie w sensie, żeby ją napełnić tylko spustoszyć.
Miałem więc pomagać w domu, a w szczególności więcej zajmować się dziećmi, zwłaszcza starszym synem. Poza tym wykonywać jakieś niegodne mnie (jaśnie pana alkoholika) czynności typu posprzątanie jak dzieci zrobią bajzel. Albo pilnować, żeby go nie robiły, co jak wiedzą wszyscy dzieciaci w pewnym wieku pociech jest praktycznie nie do zrobienia. Wystarczy dosłownie się odwrócić, a taki niespełna roczny papmersiak zaraz odpełźnie na czworakach, dopadnie dolnych szuflad i w minutę, dwie, wszystko z nich wywali. Dwulatki niby są mądrzejsze, ale jak już coś to mają większy rozmach. Generalnie takimi dziećmi trzeba umieć się zająć - albo bawić się z nimi albo dać im jakieś zajęcie.
Ja oryginalny nie byłem - najczęściej włączałem tv, za co oczywiście dostawałem od lubej opiernicz o ile mnie przyłapała, że sobie kimam, a dziećmi „opiekuje się” odbiornik. I pies. Pies bardziej nimi się interesował niż wiecznie „zmęczony” ja.
Nie, nie piłem „zajmując się” dziećmi, ale piłem po - można powiedzieć, że na zasadzie nagradzania się, choć patrzyłem na to inaczej, dla mnie to wciąż był relaks. Jednak wciąż nie były to duże ilości jak na moje możliwości, wciąż wygrywały jakeś tam resztki rozsądku. Możliwe, że coś bym kombinował z piciem podczas „opieki” nad dziećmi, ale zdawałem sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji. Gdyby stało się cokolwiek takiego, że byłaby potrzebna interwencja lekarska, a ja byłbym pod wpływem alkoholu poniósłbym konsekwencje i to konkretne. Analogicznie tak samo byłoby, gdybym przyszedł na bani do roboty i na kogoś nachuchał wódą. Z ówczesnej pracy zostałbym błyskawicznie wylany. Od razu, nie dzień czy tydzień po i żadne prośby czy obietnice by nie pomogły.
Reasumując - nie piłem tak często jak chciałem, bo bałem się konsekwencji. Tylko dlatego.
Tak szczęśliwie się złożyło, że ta obawa przed różnorakimi konsekwencjami trzymała mnie praktycznie do końca „kariery” czynnego „pijaka”. Wiem, że ów strach kiedyś by się skończył, bo nałóg wygra zawsze, jeżeli człowiek nie zacznie skutecznie się leczyć. Nie tacy „cwaniaczkowie” jak ja upadali, wielu praktycznie z dnia na dzień. Wczoraj była robota, garniak i A*men, dziś samotność, pusta chata i zarzygana, rozdarta jak u Rejtana koszula. Sporo takich świadectw słyszałem, sporo podobnych, z wieloma się identyfikuję - tak mogło być i ze mną. Nie jestem lepszy ani gorszy, ot, miałem trochę więcej szczęścia, że jak upadałem to nie prosto na pysk, ale powiedzmy metaforycznie, iż resztkami sił wyciągnąłem ręce do przodu, co nie uchroniło mnie przed zaliczeniem mojej osobistej gleby, lecz jednak nieco zamortyzowało upadek.
Możliwe, że gdybym upadł centralnie na ryło to już bym się nie podniósł. A nawet wielce prawdopodobne.
Kolejną istotną rzeczą, o której muszę wspomnieć była zmiana pracy. Ja wcale nie chciałem zmieniać roboty, ale luba zaczęła na mnie naciskać. Zarzucała mnie dziesiątkami argumentów, których nie potrafiłem odeprzeć. Ba! Dzisiaj, trzeźwy, miałbym z tym problem i pewnie pracę bym zmienił, ale na 99% nie szukałbym zatrudnienia w firmie, w której po dziś dzień pracuję. Wtedy, krzywiąc się niemiłosiernie, po prostu się ugiąłem pod tymi naciskami, prawdopodobnie znowuż kombinując, że jak bab będzie zadowolona to da mi spokój (i będę mógł sobie pić „bezstresowo”), a ja przecież sobie poradzę. Pozbierałem wszystkie papiery, cv miałem bdb i co ważniejsze autentyczne, i z pewnością to zrobiło wrażenie. Oceniam tę sytuację po latach, trzeźwym okiem i bez żadnego cukrowania - ja naprawdę jak na swój wiek (i dodatkowo alkoholizm) miałem spore doświadczenie zawodowe, oczywiście weryfikowalne. No i dyplomy z państwowych uczelni w tym jednej bardzo znanej, to nawet teraz jest wręcz unikat. Nie pod tym względem, że nikt tej uczelni nie kończy tylko po prostu ludzie, którzy ją ukończyli z reguły rzadko chcą pracować w takim, przepraszam, ale szambie. Najczęściej mają ambicję, że będą coś tworzyć lub współtworzyć, ew będą mieli ciekawą pracę i wcale nie marzą o tym, by zostać prostymi wyrobnikami. A tym właśnie zostaje się tam na początku, potem można awansować lub nie (i to „lub nie” ma kluczowe znaczenie), ale na początku idzie się na obowiązkowy staż (czy płatny czy bezpłatny to zależy) podczas którego uczy się pracy na konkretnym sprzęcie, ale też dźwiga kable, jeśli trzeba robi rozładunek, wspina się, czołga, brudzi łapy po łokcie, bo dostaje się najgorszą robotę, często przydział w terenie, „do pomocy”. Wtedy nikt na dyplom i rączki nie patrzy. Oczywiście, że to mi się nie podobało, ale mimo wszystko wspominam tamte doświadczenia jako ciekawe, a ludzi w większości jako normalnych, pozytywnych, sympatycznych. Zdecydowanie gorzej zaczęło być wtedy, gdy już usiadłem na tyłku. Teoretycznie usiadłem, bo w pierwszym dziale, w którym zacząłem pracować panował totalny chaos. W teorii niby siedziałem, w praktyce biegałem non stop. W biegu jadłem i sikałem, ale nie byłem w tym odosobniony, większość tak „pracowała”.
Teraz podobno jest lepiej, ale nie wiem - nie bywam tam. Mam nieszczególnie miłe wspomnienia. Mimo tego, że z czasem przestałem biegać, bo przypadło mi bardziej „prestiżowe” stanowisko. Jednak chaos był tuż obok, a ja nie potrafiłem odcinać się od takich rzeczy albo może i nie chciałem. Nerwowość, bieganina, bałagan, stres - to są super „fajne” rzeczy, którymi karmi się alkoholizm. Chłonąłem to, nakręcałem się tym, czasami wcale nie musząc tego robić z własnej woli w tym uczestniczyłem i dopiero teraz miałem konkretne „powody” do:
- narzekania na pracę,
- użalania na warunki pracy,
- obwiniania wszystkich współpracowników dookoła za taki stan rzeczy,
- „relaksu” po pracy.
„Cudnie”, nie?
Wprost wymarzona praca dla nałogowca.

Jak wówczas piłem? Różnie. Bab wcale nie przestała mnie „dręczyć”, choć możliwe, że dręczyła mniej, bo szukała większego mieszkania, a potem najkorzystniejszego kredytu, który... ja miałem na siebie wziąć.
A teraz clou, werble poproszę...

I wziąłem bnggfgbfb
No sorry, ale choć to tragiczne i świadczy o zaburzeniu to dziś naprawdę nie mogę zrobić nic innego jak tylko z tego się śmiać.
Nie podobało mi się mieszkanie. Nie pasowała mi też okolica, choć do pracy faktycznie miałem (i mam) jeszcze bliżej. Kredyt też mi się nie podobał, nie w takim sensie, że był niekorzystny (wprawdzie bab potrafi spontanicznie kupić jakiś niepotrzebny talerz czy półmisek, jednak w przypadku poważniejszych inwestycji można na niej polegać), ale to, że ja mam go brać.
Mimo tego i tak go wziąłem - i spłacam do tej pory.
Nie mam pojęcia jak mnie przekonała, ale na pewno mi nie polewając. Wydaje się mi ^^) jednak, że wódka miała z tym dużo wspólnego. A konkretnie picie przez lata.
Przepraszam, ale nawet jeśli to niespecjalnie na miejscu naprawdę dziś mnie to śmieszy. Taki „cwany”. Taki „mundry”. Taki „wielki” manipulator. Łohohoho! A poszedł i wziął kredyt na chatę, która mu się nie podobała jak tzw „słup”. Tyle, że „słupami” byli często czynni niskofunkcjonujący także ten... jak ktoś nadal myśli, że termin „hfa” oznacza „lepszego” alkoholika to po raz kolejny wyprowadzam z błędu. To, że „hfa” (jeszcze) potrafi utrzymać pracę i (jeszcze) nie pić przez jakiś okres czasu nie oznacza, że nie ma we łbie sieczki i jest zdrowszy. Może być jedynie mniej zniszczony fizycznie, ale psychika też mu szwankuje i to poważnie. I to widać, chociażby po takich totalnie irracjonalnych działaniach.
No, ale mogło być gorzej :ymdevil:
Śp kolega wziął kredyt na dom, po czym go spłacał do śmierci, choć wcale tam nie mieszkał tylko żona z dziećmi, a on sobie kawalerkę wynajął.
Ciekawym, czy gdyby wówczas bab zakomunikowała mi, że w nowym mieszkaniu zamieszka z dziećmi, a ja mam tylko płacić czy również na to bym przystał. Dziś myślę, że nie, ale być może źle myślę. Możliwe, iż byłem wtedy już do tego stopnia skołowany, że wyraziłbym zgodę i na to, ale raczej bym tego kredytu już nie spłacił. Kolega domu nie spłacił, nie zdążył [*]

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, Alex75, marcin, Annaannaanna, Anetka, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/01 17:28 #1073

  • Jaskolka
  • Jaskolka Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Stały Użytkownik
  • Bo do marzen potrzebni sa ludzie
  • Posty: 1620
  • Otrzymane podziękowania: 2663
nie mam teraz czasu na wyciszenie i poczytanie, w ten weekend postaram się poczytać tym razem ze spokojem i poznać Ciebie trochę bliżej. Bo do tej pory znałam Cię z humoru i spraw codziennych.. No i poznałam Twoje wielkie serce. Do poczytania. kwiaaatek
Są rzeczy, których będzie mi brakować, jak chociażby błysk w oku kiedy udaje Ci się mnie zrozumieć.
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/01 18:04 #1074

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Ludziska!
Ja bardzo, bardzo przepraszam za błędy i powtórzenia w treści, ale zacząłem eksperymentować z notatnikiem i notatkami głosowymi. Dlatego to idzie szybciej, a wpisy są obszerniejsze, bo jak jadę sam samochodem to sobie gadam. Niestety ma to też wady, potem muszę poprawiać różne rzeczy, wstawiać znaki interpunkcyjne i nie wszystko wyłapuję. Mam jednak nadzieję, że da się to czytać, bo nie chciałbym Modom zawracać głowy drobnostkami.

Teściu częściowo już spakowany, w weekend jedziemy. Starszy syn był dziś z klasą w zoo, jutro idzie młodszy. A ja wrzucam dzisiejszą, poprawioną notkę z nadzieją, że nie przesadziłem z otwartością i nikt o mej bab sobie niczego specjalnie złego nie pomyśli. W ramach „spojlera” :lol: dorzucam, że do takiego stanu desperacji, o którym przeczytacie sobie niżej nie doprowadził jej nikt inny tylko ja, moja choroba i związane z chorobą zachowania. Tego i święty mógłby nie wytrzymać, a co dopiero zmordowana dziećmi - i to niezupełnie bezproblemowymi dziećmi - kobieta. Ona nawet nie mogła odetchnąć na imprezie raz na parę miesięcy, bo przeważnie coś mi odwalało, o samym piciu już nie wspominając.

Pozdrawiam :-H Jaskółko @};-

No dobra. Prawie dotarłem do finału. Ale zanim będzie ten finał trzeba jeszcze napisać jakiż to szczęśliwy splot okoliczności doprowadził do tego, że nie tyle mnie olśniło, iż jestem alkoholikiem, a zacząłem podejrzewać, że moje wszystkie problemy mogą mieć związek z piciem alkoholu.
Wszystko zaczęło się od tego, że miałem bardzo, bardzo nieprzyjemną sytuację w pracy. Bez wdawania się w szczegóły - konflikt z inną osobą. I znów - ja tym nie usprawiedliwiam późniejszych wydarzeń, bo gdyby spotkało mnie coś takiego dzisiaj pewnie zdenerwowałbym się, a nawet zdenerwowałbym się mocno, ale nie odreagowałbym tego chlaniem. Mówię po prostu jak było - no i był ten konflikt. Poczułem się zagrożony i słusznie, w tym nie było wyjątkowo „alkoholikowej” przesady, ja byłem zagrożony fałszywym oskarżeniem, które mogło poskutkować tzw nie tylko dyscyplinarnym wywaleniem z firmy, ale i „wilczym biletem”. A ja wtedy naprawdę niczego złego nie zrobiłem, jedyną moją winą było to, że zbyt długi ignorowałem czyjeś zachowanie zamiast od razu odpowiednio stanowczo zareagować. W momencie, gdy już nie dało się tego ignorować i musiałem zareagować dorobiłem się błyskawicznie wroga No 1. No i cóż - miałem dwa wyjścia - albo czekać, co zrobi i próbować się bronić albo samemu coś zrobić. Trzeba było decydować bardzo szybko i dzikim fartem zdecydowałem tak samo jak zrobiłbym to dzisiaj na trzeźwo, z tym, że dziś bym się nie wahał. Wtedy miałem jakieś dziwne opory - raz, że wstyd, dwa, że to niby donos (imienny, oficjalny, ale donos), trzy, że wyjdę na idiotę i wszyscy będą się ze mnie śmieli, cztery, że nikt mi nie uwierzy... ale potem zajarzyłem, że mnie to faktycznie ktoś na słowo mógłby nie uwierzyć tyle, że przecież mieliśmy wewnętrzny monitoring. Nie wszędzie, ale akurat w miejscu, gdzie doszło do paru akcji tak. Poleciałem do gości z ochrony, wypytałem się o wszystko, co mi w związku z tym przyszło do głowy, wróciłem na górę, usiadłem i napisałem oficjalną skargę, a w treści wszystko, co miało miejsce. Wydrukowałem, na drugi dzień złożyłem, a na trzeci dzień już była reakcja odgórna - rozdzielono mnie i tę osobę, ona poszła na inny dział do czasu wyjaśnienia sprawy.
Firma, w której pracuję wcale nie jest świetna. Do świetności dużo jej brakuje. Kiedyś 1,5 miecha czekałem na... krzesło. Poważnie. Nie to, że w ogóle nie miałem na czym siedzieć, ale przydziałowe krzesło było nieodpowiednie do stanowiska pracy i tu wcale nie o to biega, że ja jestem księżniczka, której przeszkadza ziarnko grochu. Większość przepracowanych lat spędziłem w zaciemnionych pomieszczeniach bez okna, a to już są szkodliwe warunki pracy. Krzesło należało się mi jak psu buda, nieodpowiednie krzesło = zwiększone ryzyko wystąpienia lub pogłębienia się chorób zawodowych, np takiego zespołu cieśni nadgarstka. A ta choroba w pełnej krasie, w wyuczonym i wykonywanym wówczas przeze mnie zawodzie to bardzo często wyrok. Ale... znów jakiś dziwaczny off top mi wyszedł. W każdym razie firma nie jest doskonała, o krzesło, które powinienem mieć od razu musiałem toczyć papierkową batalię, ale na oskarżenia typu mobbing czy inne rodzaje nękania reagują błyskawicznie. Bo coś takiego może firmę drogo kosztować, jeżeli nie zareaguje na zgłoszenie. Nie tylko w wymiarze finansowym.
Można powiedzieć, że z owej nieprzyjemnej sytuacji wyszedłem zwycięsko, a nawet więcej - coś tam zyskałem, co pomogło mi w niedalekiej przyszłości. Ale. Kosztowało mnie to kupę autentycznych nerwów. Teraz bym to pewnie 2-3 dni odsypiał, uważniej dbał o swoje potrzeby i starał się być szczególnie dobrym dla siebie samego. Jednak wtedy akurat zbliżał się weekend, z lubą mieliśmy zaplanowaną imprę bez dzieci, poszliśmy no i się schlałem. Nie pierwszy raz, ale pierwszy raz lubej puściły nerwy do tego stopnia, że po sklęła mnie po na ulicy, przywaliła mi parę razy z piąstki, generalnie straciła nad sobą panowanie, co mnie trochę zaskoczyło, lecz nie powiem, żebym wyjątkowo się przejął. Sam w owym czasie zachowywałem się często jak tzw choleryk (choć to było nic w porównaniu z tym, co miało nadejść) tzn wprawdzie łapami nie wymachiwałem, ale wydrzeć japę potrafiłem porządnie. Po czymś takim, co pewnie niejedna osoba zna, odpadało napięcie i za 5 minut można było ze mną normalniej porozmawiać.
Nie napisałem, że normalnie z rozmysłem, bo robiłem się coraz bardziej nienormalny.
Wracając do tamtego wieczoru - przyjąłem na siebie to wiadro słownych pomyj, trochę się pozasłaniałem, żeby w ryj nie zarobić z piąstki i to tyle. Ona wściekła poszła przodem, ja za nią, do domu, a w domu praktycznie od razu padłem do wyra.
Nazajutrz spodziewałem się, że będzie „gadane”. Zdziwiłbym się, gdyby nie było, ja Gośkę znałem bardzo dobrze, dobrze też wiedziałem, że skoro była tak zła, iż mnie sklęła i w ruch jej poszły ręce, co wcześniej się nie zdarzało to lekko nie będzie. Jednak przez cały dzień albo na mnie nie patrzyła albo patrzyła tak, że ja odwracałem wzrok, bo mi się nie podobało to, co widziałem w jej oczach. Bardzo rozsądnie - jak na alkoholika oczywiście - nie próbowałem zaczynać żadnej rozmowy, próbowałem schodzić jej z drogi. Mimo picia po południu czułem się już całkiem dobrze, więc bawiłem się ze starszym synem, co jak wiadomo teraz było najprostszą formą manipulacji. Może było też w tym trochę poczucia winy czy chęci odpokutowania, ale nie wiem. Klimat w każdym razie standard, alkoholik po piciu nagle zaczyna coś robić nieproszony i nieupominany.
Jeśli to miało ułagodzić Gośkę to nie wyszło. Rozmowa, a właściwie dosyć krótki monolog wygłosiła wieczorem, po tym jak położyła dzieci spać.
„Jeśli jeszcze raz, kiedykolwiek...” - tak to się zaczęło i chodziło oczywiście o picie i robienie obciachu. Preludium takie se. Ale potem powiedziała, co zrobi krok po kroku, punkt po punkcie, co zrobi „jeśli ja jeszcze raz, kiedykolwiek”. Nie było to żadne grzeczne „spakuję się i wyprowadzę z dziećmi”, to było: „ja cię zniszczę, ja ci zabiorę wszystko, na czym ci zależy, wiesz, że mogę to zrobić”, „ty nie masz wstydu, nie masz dla nas litości, naprawdę myślisz, że ja ją będę miała dla ciebie?”, „pomyśl, znasz mnie”. Do tego TA mina i lód w oczach.
Nikt nie lubi szantaży i gróźb. Alkoholik także. Oczywiście, że się zagotowałem. Ale, jednocześnie, zacząłem intensywnie myśleć nad tym, co ona do mnie mówi i jak mówi. Szybko też oszacowałem swoje szanse w bezpośredniej konfrontacji z nią i cóż się okazało? Że jeśli będzie chciała to mnie „pozamiata”. Dokładnie tak jak mówi.
W odróżnieniu od niej nie miałem przyjaciół, którzy natychmiast wsparliby mnie w takiej sytuacji. Nawet kolegów „od kieliszka” już nie miałem, a nawet gdybym miał to tacy świadkowie są guzik warci. Nikt, włącznie z moją mamą i bratem, którzy wprawdzie nie chcieliby mnie pogrążyć, ale i nie kłamaliby w mojej obronie, nie zaświadczyłby, iż jestem wzorem partnera i ojca. Ponadto wiedziałem z zasłyszanych opowieści, że istnieje taka instytucja jak RODK i nawet zaburzony nie miałem złudzeń, iż nie mógłbym popisać się tam czymkolwiek innym niż nieznajomością potrzeb własnych dzieci.
Rzecz jasna w tamtym momencie nie myślałem aż tak klarownie jak powyżej napisałem. Ale z tego, że bab doprowadzona do ostateczności mnie „zamiecie”, zdawałem sobie sprawę.

I wiecie co? Ja się przestraszyłem. Byłem zły, ale bardziej spietrany, włączył się mi instynkt samozachowawczy. No normalnie zacząłem się bać o własny tyłek i to już drugi raz w ciągu niespełna dwóch tygodni. Tego, dla mnie, alkoholika, było aż nadto.
Nawet nie próbowałem niczego kombinować, przepraszać, bo wiedziałem, że to jej nie ruszy. Kogoś, kto wytacza tak ciężkie działa, świadomego zarówno swoich racji, przewagi jak i tego, że może dyktować warunki raczej byle co nie rusza, a przeprosiny i obietnice słyszała nie raz. A ja nie miałem nic innego do zaoferowania.
Toteż tylko zrobiłem minę skrzywdzonej niewinności, spuściłem łeb i poszedłem do sypialni. Dopiero tam zacząłem intensywnie myśleć co zrobić i - o co tu w ogóle chodzi, co jej się stało. Jak ona mogła tak się do mnie odezwać, to się w pale nie mieści. I dlaczego. Co ja takiego na tej imprezie zrobiłem prócz tego, że się skułem? Do panny jakiejś się przystawiałem? Wątpliwe, mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. Choć z drugiej strony to by mi raczej wygarnęła. Czyli raczej nie, pewnie w jakiś sposób zrobiłem z siebie idiotę.
Wymyśliłem tylko tyle, że najbezpieczniej będzie na razie przystopować z piciem.

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, mandala, Alex75, marcin, Xena, Annaannaanna, Namika, Anetka, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/03 15:27 #1075

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz (na innym forum) poczytałem z ciekawości wątki współuzależnionych, byłem, hm... zdumiony. Mentalnie nawalony byłem jak „sie masz”, ale kompletnie nie mogłem zrozumieć dlaczego dziewczyny twierdziły, że nic nie mogą zrobić ze swoimi alkoholikami. Dzisiaj patrzę na to inaczej, czynny współuzależniony to ktoś, kto podobnie jak uzależniony chce trwać w swojej iluzji, bo mu (jej) to jednak odpowiada, nie chce się leczyć (a często ma pretensje do alkoholika o to samo czego sam/a nie robi) bądź jak wielu uzależnionych pozoruje leczenie. No i cóż - takiej osobie, podobnie jak alkoholikowi, który nie chce czy już nie może przestać pić nie da się pomóc. Można taką osobę zrozumieć, tak działa zaburzenie, ale pomóc nikomu wbrew jego woli się nie da.
Nie zmienia to jednak pewnych faktów. A fakty są takie, że wg mnie jakieś 80% partnerek/ów alkoholików, gdyby tylko zechciało mogłoby ich właśnie „pozamiatać” w try miga, równie szybko jak wiatr „zamiata” liście. Partner/ka alkoholika najczęściej trzyma w rękach wszystkie karty. Tyle, że z nich nie korzysta. Bo nie chce. Zdarza się, że jak w końcu zachce to jest za późno, bo najzwyczajniej w świecie choroba spowodowała w mózgu uzależnionego takie zmiany, iż żaden kubeł zimnej wody na łeb już nie pomoże. Ale dopóki to nie nastąpi, a wiem po sobie, że trochę to trwa, alkoholikowi można przynajmniej skutecznie odebrać komfort picia, zatruć przyjemność z chlania o ile jeszcze takową odczuwa.
Czynny alkoholik, nieważne jak bardzo wyszczekany, to najczęściej tchórz. Walczy o ten swój komfort chlania różnymi metodami, ale żadna z nich nie jest skuteczna w konfrontacji z realnymi działaniami, a tu dużo można zrobić.
W momencie jak bab wyłożyła mi co zrobi, a ja „odkryłem”, że faktycznie może to zrobić, to jest jak najbardziej realne wykonałem standardowy numer, jaki w takich sytuacjach robią alkoholicy. Przyczaiłem się. Może, gdybym był pod większym wpływem alkoholu wyszłaby z tego awanti, może, gdybym był agresywny to też miałoby inny finał - czyli wylądowałbym na „dołku”, a potem miał sprawę karną, ale u mnie było jak było - wycofałem się i przyczaiłem. Z picia oczywiście nie zamierzałem rezygnować, bo niby dlaczego, ale byłem gotowy na ustępstwo pt „dla świętego spokoju na razie będę pić mniej”.
U nas paradoks polegał na tym, że ja nie wiedziałem, iż jestem alkoholikiem, ale i luba o tym nie wiedziała. Bo - było nie było - funkcjonowałem. Bab miała pretensje o nadużywanie, a nie samo używanie oraz o to, że wg niej z własnej wygody miałem wszystko gdzieś. Nie rozumiała (a ja tym bardziej), że to moje picie, nieważne czy większe czy mniejsze, zaburza wszystkie sfery. Czynności, które dla normalnych ludzi są standardem lub nawet przyjemnością, mnie okrutnie męczyły i nudziły. Zakupy - męka. Bawienie się z dziećmi - męka. Sprzątanie - pańszczyzna. Praca - też męka, ale tu zapalał się mi przed oczami wielki neon MUSISZ i szło najlepiej ze wszystkiego. Potrafiłem nawet angażować się w to, co robię, choć niekoniecznie tak jak trzeba. Na to, jak sądzę, miało wpływ moje dzieciństwo. Ojca już nie było, ale sam siebie potrafiłem zmobilizować do pracy. Ba, ja do tego byłem przyzwyczajony(i nadal jestem jak przyjrzeć się temu wnikliwiej). Poza tym nie wiem, chyba chciałem jeszcze coś osiągnąć. Ale co - tego już nie pamiętam. Mogło chodzić po prostu o stabilizację finansową i związany z tym brak strachu przed „jutrem”.
Ale wróćmy do tamtej sytuacji. Nie potrafię precyzyjnie powiedzieć czy po tej rozmowie nie piłem 3, 4 tygodnie czy miesiąc. Jednak raczej nie więcej. Możliwe, że napiłbym się i szybciej, ale bab zrobiła się mega niemiła i złośliwa wobec mnie. No to zacisnąłem poślady, żeby coś „pokazać”. Nie pamiętam również czy wtedy jakoś szczególnie chciało mi się pić czy tak zająłem się „pokazywaniem”, że to zeszło na drugi plan. A - i odgryzałem się oczywiście, ona złośliwie do mnie, ja do niej, ale pewne granice zostawały nieprzekroczone. My się nie awanturowaliśmy, chyba nawet nikt nie podniósł głosu ani razu, raczej tylko wymienialiśmy złośliwe komentarze. W czym była i jest lepsza, ja wirtuozem w tej dziedzinie nie jestem, prędzej wyjdzie ze mnie burak niż wirtuoz.
Jak nietrudno się domyślić byłem z tego powodu (kobieta mi dokucza) bardzo niezadowolony. Jeszcze bardziej z tego, że prócz dogryzania mi zaczęła mnie zlewać. Skończyły się herbatki i pytania jak minął dzień. Nie było też „znów czegoś nie zrobiłeś, chociaż prosiłam” a „zdziwiłabym się bardzo, gdybyś cokolwiek zrobił, taki szok mógłby mnie zabić, dzięki, że o tym pomyślałeś i jak zwykle mnie nie zawiodłeś”. Generalnie przestała mnie opierniczać, jak już to leciał taki tekst. No i oczywiście wszystko relacjonowała swoim przyjaciółkom, potrafiła usiąść przy mnie i nadawać na mnie przez telefon. A mnie skręcało, ale co mogłem zrobić? Wyrwać jej tel i rzucić o ścianę? To byłby prawie samobój, ponadto u mnie agresja aż tak jeszcze się nie odzywała. Na złość więc zacząłem coś tam więcej robić i pytać się co jest do zrobienia. Na złość - zobaczcie jaka motywacja.
Reasumując - to był jedyny jaki pamiętam z naszej relacji okres takiej bardziej otwartej wojny. I skapitulowałem dosyć szybko mając do wyboru - albo porozmawiamy i wyjaśnimy coś albo trzeba będzie się rozstać, bo tak długo nie da się żyć. Ja w domu chciałem mieć spokój (i „relaks”) i miłą kobietkę, a nie wroga.
Tyle, że Gośka przestała być już taką samą osobą, jaką była, kiedy się poznaliśmy. A ja, zapijaczony, tego nie widziałem. U niej zmieniło się wszystko, kiedy na świat przyszedł pierwszy syn i kiedy właściwie została z wszystkimi związanymi z tym kłopotami sama, bez żadnego mentalnego wsparcia z mojej strony.
„Zabawy” ze mną miała najwyraźniej dość, czara goryczy się przelała no i cóż? Przestała prosić i tłumaczyć, bo to do mnie kompletnie nie docierało. Zaczęła żądać, żebym zachowywał się jak partner i ojciec albo do widzenia, bo „lepiej już nie mieć nikogo niż udawać, że kogoś się ma”. To, ten tekst też bdb zapamiętałem. Był dla mnie wówczas taki trochę straszny.
Mimo, że moje emocje były zaburzone, chore, bardzo nie chciałem zostać sam. Nie wyobrażałem sobie czegoś takiego, że ona sobie odchodzi, a ja płacę alimenty i co 2 tygi mam spotkanie z dziećmi. Lub nie, bo jak będzie chciała to i to mi ograniczy, niezbyt uczciwie, ale można to zrobić, co mi zresztą zapowiedziała w złości. Na pewno nie liczyłem na to, że jak pójdzie to za jakiś czas wróci „na kolanach”. Miała dokąd pójść, chociażby do ojca. Jeszcze mogła sobie ułożyć życie z kimś innym jak jej przyjaciółka po rozwodzie, też z dwójką dzieci. Jeszcze mogła komuś innemu kolejne dziecko urodzić, przerażająca „alkoholikowa” wizja, czyż nie? I ja bym z tym typem musiał gadać i być miły.
Jednocześnie nie miałem zamiaru zrezygnować z alkoholu. Nie „w ogóle”. Wymyśliłem sobie, że będę rzadziej pił. I mniej, przynajmniej do czasu, kiedy wszystko się uspokoi.
Tak oto rozpocząłem próbę kontrolowania picia. I pozornie szło mi całkiem nieźle.
Pewnie tak samo „nieźle” idzie alkoholikom na tej terapii picia kontrolowanego. Tak się domyślam, bo wiedzieć nie wiem. Ale wiem jedno - mnie, uzależnionego od alkoholu, kontrolowanie picia wcale nie pomogło w takim sensie, że nauczyłem się pić alkohol jak człowiek nieuzależniony czy też zacząłem funkcjonować jak nieuzależniony.
Pomogło w sensie takim, że zacząłem podejrzewać, iż coś jest ze mną mocno nie tak.

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, Alex75, marcin, Annaannaanna, Namika, Anetka, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/04 15:38 #1076

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Z racji tego, że jutro z rańca wybywamy dziś krótszy (chyba) wpis bez szczególnych rozkmin. Za to trochę faktów - najpierw ile piłem i jak piłem przed próbą kontrolowania picia.
Więc tak. W dni wolne wypijałem łącznie około litra wódki. Nie zawsze tyle, bywało mniej, bywało też i więcej. Może pamiętacie np taką moją „zabawę” w picie i sprawdzanie % alkomatem. Wtedy wypiłem 3/4 litra czerwonego „Jaśka”. Był w promocji w jakimś markecie, kupiłem i wypiłem całą flaszkę. Wtedy nie piłem sam, natomiast tę konkretną flaszkę wypiłem samodzielnie dlatego potrafię określić ilość.
Około godziny 12 miałem wg tego alkomatu 0,0, co serdecznie polecam uwadze wszystkich łudzących się, że średniej klasy alkomaty są miarodajne. I nie, nie zepsuł się, koledze, który wówczas pił ze mną w wydechu wychodził ponad promil. W to, że jestem cudem natury, który potrafi w magiczny sposób błyskawicznie wytrzeźwieć nie wierzę, wydech to wydech - w wydechu po paru h jeden rodzaj alkoholu będzie wyczuwalny dłużej, inny krócej. Ba, w wydechu po zjedzeniu konkretnej potrawy lub wypiciu napoju mogą wyjść %, choć nieznaczne, natomiast we krwi nie wyjdzie nic. A 0,0 w wydechu w przypadku picia alkoholu nie oznacza 0,0 we krwi. Jest to kompletna bzdura, wystarczy logicznie pomyśleć, by dojść do takiego wniosku.
Dobra. Do tego ~litra w weekendy dochodziły mniejsze (wciąż niewielkie jak na moje fizyczne możliwości) ilości alkoholu w tygodniu. Nie piłem codziennie, potrafiłem nawet (!) nie pić kilka dni, ale zwykle jak miałem ochotę na drina to go sobie robiłem. Tych ilości pewien nie jestem w sensie ile szło tygodniowo, pewny jestem jednego - gdy miałem iść do pracy na drugi dzień to się pilnowałem. Z żalem, bo z żalem, ale umiałem poprzestać na 100 lub 200. Zastanawiałem się czy nie zakłamuję tych ilości, ale nie, choć możliwe, że sporadycznie je przekraczałem. Najlepszym i najbardziej wiarygodnym dowodem prócz tego, że dobrze funkcjonowałem w pracy jest to, że nie zgadzałaby się kasa no i częściej chodziłbym po tę wódkę. Ja być może nawet mógłbym tego nie pamiętać (wyprzeć), ale była przecież Gośka i jakbym zasuwał po wódę co drugi dzień to raczej by coś powiedziała. Ja z piciem się nie kryłem, tzn robiłem coś takiego jak opisywałem czyli drinki z colą w szklance z duralexu (żeby „ładniej” to wyglądało), ale nie ukrywałem się z tym po kątach. Wódka stała w lodówce, nie chowałem jej. Miałem też tzw „egzemplarze pokazowe” czyli alkohol, który sobie stał w widocznym miejscu, ale nie był pity. Z zasady tego nie ruszałem, a jeśli ktoś się dziwi to niech przestanie, mnie naprawdę najbardziej pasowała wóda i to konkretna marka. Nie było dla mnie problemem ją kupić. Nie piłem win (bo mi łeb pękał nawet po małej ilości), unikałem piwa wyjąwszy swoje początki picia (za słabe i mnie przymulało), koniak mi ryj wykręcał i też groził straszliwym kacem, whisky spoko, ale kosztowało co najmniej 2x więcej niż „moja” wódka, więc zazwyczaj nie przepłacałem. Niczego, co słodkie w ogóle nie chciałem pić ani żadnych „szampanów” czy nawet szampanów. Raz rzygałem takim za 3 stówy, choć pewnie dlatego, że go popiłem czymś innym, bo mi było za mało. Stąd taki prosty wniosek - tak, alkoholik w desperacji rzuci się na wszystko, jeśli nie ma wyboru. Ale jak ten wybór jeszcze ma to nie złapie pierwszej z brzegu butelki. Zwłaszcza jak już wie, że będzie po tym zdychanie lub rzygańsko. Były nawet wódki, których potrafiłem odmówić, bo miałem z nimi jakieś niefajne doświadczenia. Pamiętam, że siedziałem kiedyś bardzo zasmucony u kuzynostwa na weselu, bo jakby się zmówili - podali 2 gatunki wódki, które mi nie wchodziły, bolsa i luksusową. Pamiętam też jak ktoś zdziwił się, że ja potrafię wódkę rozpoznać po smaku. Była w tym duża przesada, ale „swoją” czy finlandię, czy wyborową potrafiłem rozróżnić.
Smakosz, czyż nie? Smakosz :wmur:
Reasumując. Przed próbą kontrolowania picia wypijałem w wersji pesymistycznej „standardowo” jakieś 1,5-1,8 litra 40% alkoholu. W optymistycznej około litra.
„Zredukowałem” do „połówki” na tydzień.
Ale, żeby nie było tak „pięknie” to „połówka” na tydzień była wtedy, gdy nie było żadnej imprezy. Imprez oczywiście nie było na okrągło, ale jak jakaś się zdarzyła wtedy oszukiwałem. Nie siebie, Gośkę. Na imprezie potrafiłem się schować wraz z kimś i wypić więcej, ale z racji tego, że miałem już rozwalony komfort picia to wcale nie było takie fajne. Musiałem bardzo mocno się kontrolować i udawać, co dla alkoholika jest po prostu męczarnią.
Bab nie zawsze, ale czasami potrafiła zapytać ile wypiłem. Odpowiadałem zwykle, że z ćwiarę, może lufę więcej. A ona: „Ta, ćwiarę. Nie kłam, przecież ty jesteś sztywny”.
„Sztywny” nie oznaczało „zgonu”, nie było synonimem zalanego „w trupa”. Ja tak bardzo starałem się udawać trzeźwego, że „sztywniałem” tzn prostowałem się, chodziłem jak robot, mówiłem powoli, ale bardzo wyraźnie, za wyraźnie, generalnie prawie na pewno zachowywałem się bardzo nienaturalnie, lecz... już nie odstawiałem typowo pijackich akcji, więc luba poprzestawała na takim komentarzu i machała na to ręką. Zresztą na drugi dzień, gdy tylko się wyspałem byłem „do rany przyłóż”, co również jest typowym zachowaniem alkoholika, który...
Nie do końca świadomie, ale boi się o swoje chlanie i resztkę jego komfortu.
Większy komfort miałem podczas urlopu, ale urlopy „niestety” bywają rzadko, a imprezy nie co tydzień, więc zwyczajnie zacząłem chodzić niedopity.
Gdybym w ogóle zrezygnował z picia alkoholu, rzecz wyglądałaby nieco inaczej. Ale ja nie zrezygnowałem tylko zmniejszyły się ilości. A, że już byłem uzależniony jedynym, co pozornie się poprawiło była relacja z lubą. I to tylko dlatego, że masę czasu i energii wkładałem w to, by ją przekonać jaki jestem „dobry”. Natomiast nałóg domagał się alkoholu. Nie dostawał tyle, ile chciał, więc stopniowo, powolutku się zaczęło. Przemęczenie. Rozdrażnienie. Złość. Poczucie beznadziei pojawiające się „znikąd” w niespodziewanych momentach. Agresja, która narastała. Odezwały się też zok, ale o tym kiedyś przy okazji napiszę całego, dłuższego posta.
Dziś zakończę na tym, że występowały u mnie coraz silniejsze głody alkoholowe i ja tak sobie z nimi chodziłem nie wiedząc, co jest. Mimo, że ewidentnie chciało mi się pić i mówiłem o tym głośno, choć nie przy bab. Z czasem czułem się coraz gorzej i gorzej, niewielką ulgę dawało mi spożywanie tych ograniczonych ilości alkoholu, ale tego było zwyczajnie za mało, organizm domagał się więcej.
Z racji tego, że byłem coraz bardziej wściekły, coraz gorzej zachowywałem się w pracy i zaczynałem mieć bardzo skonkretyzowane myśli o tym, iż mógłbym komuś coś zrobić (krzywdę), a do tego te zok zacząłem podejrzewać u siebie jedno z dwojga. Albo jestem przepracowany i siada mi psycha, bo pracuję w nienormalnej firmie z nienormalnymi ludźmi albo jestem chory psychicznie.
Rozwiązanie było proste i w zasięgu ręki, ale niestety musiałem jeszcze trochę się pomęczyć.

Cdn.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Zakapior, Katarzynka77, Alex75, marcin, Teo70, Annaannaanna, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/04 16:28 #1077

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380

Przed próbą kontrolowania picia wypijałem w wersji pesymistycznej „standardowo” jakieś 1,5-1,8 litra 40% alkoholu. W optymistycznej około litra.


Tygodniowo :wmur:
A optymistyczna wersja to taka, że albo z jakiś względów musiałem powściągnąć chęć wypicia (np choroba dziecka) albo miałem tak zajęty tydzień od rana do wieczora, że wygrywała potrzeba snu.
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/05 07:20 #1078

  • dzordzklunej
  • dzordzklunej Avatar
  • Wylogowany
  • Gaduła
  • Gaduła
  • Posty: 119
  • Otrzymane podziękowania: 316
Dodalem 2 do 2 z tym 1,8l aczkolwiek musialem sie wrocic na chwile w tekscie i zrobic mala analize :lol:
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/06 20:12 #1079

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Dżordż, umownie - 0,5 piątek, 0,5 sobota, reszta dni - po „drineczku” lub dwóch :wmur:
Oczywiście nie jest to miarodajne. Starałem się wyliczyć jakąś średnią, no, ale to się nie da, nie potrafię. Nie pamiętam przecież każdego picia, notatek nie robiłem tylko chlałem. Wziąłem więc tutaj wariant optymistyczny i pesymistyczny, żeby te ilości mniej więcej określić. Na pewno nie było tak, że każdego tygodnia szło 1,8, ale nie raz i nie 10 razy zdarzały się takie, że piłem w tygodniu po kolacji „na sen”, a w weekendy jak luba szła spać to sobie piłem „z kompem” do 3-4 rano.
„Najciekawsze” było to, że kiedy przestałem pić i zacząłem opowiadać o tym jak wcześniej piłem skupiałem się wyłącznie na tym okresie, w którym próbowałam kontrolować picie, tak jakby tamtego w ogóle nie było. Wyparcie, zakłamanie, bagatelizowanie.
Przykra prawda jest taka, że najwięcej piłem, kiedy dzieci były bardzo małe. Szły spać, bab szła spać, a ja, jeśli miałem wolne, sobie siadałem i piłem „w spokoju”.
Myślę, że mnie to mimo wszystko bolało, dlatego początkowo upierałem się przy tym 0,5 tygodniowo, co wydawało się mi ilością mało znaczącą. 0,5 to ćwiartka/2 wieczory. W tej chwili nie dziwię się, że po wcześniejszych ilościach zacząłem się rozsypywać. Po zaprzestaniu picia i jeszcze wypieraniu, trudno mi było to skojarzyć. W ogóle niepojętym było dla mnie to, że potrafię ograniczyć picie, a mimo tego jestem alkoholikiem. Zerowa wiedza o chorobie. W ogóle nie rozpoznawałem głodów. Wiem, że się powtarzam, ale to kolejna rzecz, która mnie dziś zdumiewa. Nie kojarzyłem, że to, co się ze mną dzieje, to jak się zachowuję - to głód.
Tu muszę wspomnieć, że jeden ze starszych i metrykalnie i z konkretnym wtedy stażem nie picia powiedział mi rzecz, która mnie zupełnie zaskoczyła. A mianowicie, że on sobie robił przerwy po każdej mega ostrej zadymie z żoną i to przerwy konkretne, nie tydzień czy dwa, a np po 2 miesiące. I JAKOŚ wytrzymywał, potem stopniowo wracał do picia. Tak tam się kręciło u niego kilkanaście lat do momentu, gdy już musiał się wyprowadzić, bo weszły takie ciągi, że nawet cierpliwa żona nie mogła tego znieść. Ja też bym tak skończył tylko może szybciej, gdyż w momencie rejestracji na swoim pierwszym forum alkoholowym było ze mną bardzo źle mimo, iż piłem „tylko” 0,5 tygodniowo. Mnie niewiele dzieliło od „popłynięcia”. Kłamałem, nie do końca świadomie, ale kłamałem, że wcale nie jest źle, że mam bardzo udane życie rodzinne tylko ta praca mnie dobija. Bardzo chciałem w to wierzyć. Ba, ja byłem gotów dać sobie łapę uciąć, że tak jest. Nie kumałem dlaczego ci ludzie (trzeźwi alko) się mnie czepiają tak samo jak nie kumałem czemu luba się mnie czepia. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby było ok. Nawet grafik zmieniłem w pracy tak, żebyśmy lepiej stali finansowo. Do głowy mi nie przyszło, że ta zmiana mogła wynikać stąd, że podświadomie już szykowałem się na chlańsko i zabezpieczałem sobie tyły.
Kiedy powoli zacząłem to wszystko kojarzyć byłem dosłownie w szoku - zobaczyłem, co przez lata wyprawiałem. Jak wszystko po kolei ustawiałem pod picie. Jaki miałem w tym „porządek”, co było chyba jeszcze gorsze od tego, gdybym spontanicznie sobie polewał.
Ostatniego drinka wypiłem 12 października 2016 roku. W środku tygodnia, bo tak miałem wówczas wolne, w weekendy pracowałem. Nie wiedziałem, że jest to mój ostatni drink. Podejrzewałem, choć były to tylko niejasne podejrzenia, że picie alkoholu m o ż e mi d o d a t k o w o szkodzi, postanowiłem więc zapytać o zdanie ekspertów w temacie. Obstawiałem jednak pracę i przemęczenie z nią związane, zok lub... niezdiagnozowaną chorobę psychiczną. Jak stwierdziłem chyba po roku byłem wtedy tak chory, że choroba psychiczna wydawała się mi mniejszym złem niż alkoholizm.
Tzn alkoholizm niewątpliwie jest chorobą psychiczną, zwłaszcza w czynnej postaci, ale ja miałem na myśli coś innego.
Sporo osób nie rozumie czemu postanowiłem przestać pić, tu nie było silnego, bezpośredniego bodźca, przynajmniej zauważalnego „z boku”. Nie byłem ani po ciągu ani po żadnym wypadku. Nikt się nie urodził, nikt nie umarł, więc gdzie to dno? To mistyczne dno, na które czeka wielu alkoholików?
No cóż, tak naprawdę coś, co uważam za swoje dno zobaczyłem jakieś 3-4 miesiące później, gdy zrozumiałem w jakim kłamstwie żyłem i nie mogłem na siebie spojrzeć w lustrze. Gardziłem sobą, brzydziłem się siebie, wstydziłem się potwornie przed swoimi bliskimi do tego stopnia, że nie mogłem patrzeć im w oczy. Do tego głody - potworne, czysto fizyczne. Bezsenność. Huśtawy nastroju. Lęki, na szczęście - tak to widzę z perspektywy - także przed wypiciem. Bardziej bałem się napić niż chciałem pić. Strach wygrywał z głodem. Wiedziałem, że jak się napiję to wszystko zrujnuję, a może nawet oszaleję... i kto wie czy tak by się nie stało. Opisywałem ten stan w wątku dokładnie, teraz tylko powtarzam co nieco. Gdybym dziś znalazł się w takim stanie zameldowałbym się w Drewnicy i kłamał, żeby mnie tylko przyjęli. Wtedy nie myślałem jasno, nie byłem w stanie myśleć jasno.
Ale, ale. To miał być „piciorys”, a nie trzeźworys, więc na nieco wyżej wspomnianej dacie powinienem zakończyć. To, jak trzeźwiałem jest w dużej mierze zapisane w wątku. Teraz czas na podsumowanie, które postaram się zamieścić w kolejnym wpisie.

A teraz dobranoc, padam spać :mrgreen:
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Tomoe, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Beata01, darek70, Alex75, Teo70, Annaannaanna, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Krzysztof Z..

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/10 15:19 #1080

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Dzień dobry :-H
Chwilowa przerwa w spisywaniu „piciorysu”, bo brak weny spowodowany zdegustowaniem moją własną gapowatością - nogę sobie w kostce skręciłem i kuśtykam ze stabilizatorem. Nie będę nic pisać o okolicznościach, bo siara i wystarczy, że bab się ze mnie nabija :P
Pogoda oczywiście dopiero teraz zrobiła się mega, a ja ani na rower ani nic. Ech.
Ja w ogóle z lewą kostką mam od lat problemy, to chyba moje 4 skręcenie przy czym pierwsze najgorsze było „normalne”, bo na łyżwach za dzieciaka. Oczywiście w tamtych latach nikt takimi rzeczami się nie przejmował w sensie „e, skręcona, to do wesela się zagoi”. A teraz mi pani sympatyczna powiedziała, że to reha się robi, krótką, ale jednak no i stabilizator do kompletu.
No nic, przyjdzie wena, dokończę wątek, chociaż brak w nim jeszcze jednej rzeczy, ale to może później.
Plany na weekend - zamiast na balkonie będę siedzieć na działce :lol: W piłę raczej nie pogram, więc może wtedy coś napiszę.
Dziś jeszcze jestem sobą zniesmaczony. Jak mi nic - to ziąb, pada, zima na wiosnę. A jak coś mi dolega to o! Słońce murowane. Nawrót też jak miałem to w lato :ymdevil:

Dobra, koniec marudzenia, do poczytania!
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Jurek, Dahud, Katarzynka77, Annaannaanna, Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/10 16:10 #1081

  • Dahud
  • Dahud Avatar
  • Wylogowany
  • Dobry Duszek
  • Dobry Duszek
  • Carpe diem...
  • Posty: 1892
  • Otrzymane podziękowania: 4097
:ymhug: witaj w klubie, Krzysiu...:lol: :lol: Mam dokladnie to samo... jak wolne, to burze gradowe z piorunami, tajfuny i drzewa nisko lataja , a jak do pracy, to, o, prosze... upal taki, ze gdyby ksiezyc emitowal cieplo, to na nocnym dyzurze moglabym sie opalac, gdybym znalazla chwile wolna, oczywiscie, bo moje dziadki bardzo dbaja o to, zeby mi nie bylo nudno...mimo wszystko, zdrowiej sobie spokojnie i ciesz sie ,, nierobstwem'' ^^)
,, ... Wazne sa tylko te dni, ktorych jeszcze nie znamy...''
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z., Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez Dahud.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/11 03:29 #1082

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380

drzewa nisko lataja


Madzia... :lol: bnggfgbfb buahaha
Mnie nie wolno pisać takich rzeczy, bo mam bardzo plastyczną wyobraźnię, a do tego jeszcze czasami bajki z dziećmi oglądam, więc zarra sobie wyobrażam np agresywne drzewa ze skrzydłami pikujące na przechodniów i teraz przez Ciebie będę się pół dnia śmiał :mrgreen:
Nie ma nieróbstwa, kuśtykam do pracy niestety, poniedziałki i piątki u nas w firmie do ZUO, lepiej się z nim bezpośrednio zmierzyć :ymdevil:

Wczoraj jak poszedłem spać o 21:30 to wstałem o 4:30 z wrażeniem, że zaspałem :P

Dobrego dnia dla wszystkich, korzystajcie z pogody!
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/15 15:51 #1083

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
No nic nie piszę, bo jestem ociupinę padnięty. Weekend wprawdzie był spoko, działkowo-rodzinny z atrakcjami typu słońce, słońce gorące, za 20 min deszcz, potem znowu słońce i tak ze 3x :ymdevil: ale od wczoraj Sajgon w pracy, Sajgon z nogą (tam jacyś nieprzytomni ludzie w tej opłaconej przez firmę przychodni pracują, w ogóle mnie do innego specjalisty zapisali :wmur:, miałem ochotę nie powiem co :P), a na koniec jeszcze Sajgon z kolegą, o którym tutaj wspominałem... także ten.
Żyję, nie piję, właśnie dogorywam w sensie zmęczenia po 2 dniach w robocie i powyższych na balkonie, i, kurde, niech już będą wakacje! Tzn urlop!
Btw - nic nowego nie piszę w wątku nt chorego kolegi, bo niestety to, co dzieje się z nim i wokół niego jeśli chodzi o pomoc lekarską jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe (np 2 miechy temu nieee, operacja nieee, to nie ma sensu, nic nie pomoże i za duże ryzyko, a wczoraj go zoperowali) - nie znam się, nie rozumiem, nie ogarniam i nawet nie próbuję zgadywać czy to mu przedłuży życie (oby!) czy niekoniecznie. Jednocześnie inny człowiek z jego rodziny zachorował i od badają go ju chyba też ze 2 miechy - i nie wiadomo co jest. Aż przypomina się mi historia jak mój wówczas 11 czy 12-letni brat „zachorował” na „jedną z najrzadszych chorób na świecie” (wybaczcie, nie pamiętam nazwy, ale zdiagnozowano jakieś genetyczne coś od czego traci się wzrok - również nie mam pojęcia na jakiej podstawie) i spędził 3 miesiące w szpitalu w pokoju z przeźroczystymi ścianami. I nikt, kurcze, za to nie odpowiedział, a on, dzieciak siedział w tej „klatce” jak królik. Chociaż nie tylko on, było sporo takich „klatek”, co doskonale pamiętam, bo go prawie codziennie odwiedzałem. I cóż się okazało? Ano guzik. Ale opcji „jednej z najrzadszych chorób na świecie” trzymali się tam twardo do końca.
Tyle, że brat wyjąwszy 2 epizody z zaburzeniem widzenia ze względu na które trafił do tego szpitala, od tamtej pory choruje wyłącznie... bezobjawowo bnggfgbfb
Dobra, koniec pitolenia, bo jak tak długo mogę :ymdevil: Idę podokuczać bab, która ma pod paznokciami „krew” z truskawek i nie może się tego pozbyć buahaha

Ukłony dla wszystkich :-H
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Katarzynka77, Krysia 1967

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/16 06:18 #1084

  • Dahud
  • Dahud Avatar
  • Wylogowany
  • Dobry Duszek
  • Dobry Duszek
  • Carpe diem...
  • Posty: 1892
  • Otrzymane podziękowania: 4097
Witaj, Krzysiu, sorki, nie pomyslalam, ze oprocz mnie, ktos jeszcze jest na tyle stuknienty, ze dostaje glupawki, bo ,, widzi'' w obrazie text ktory czyta .. Doskonale wiec cie rozumiem, bo sama nieraz mialam ,, problemiki'' , gdy dostawalam ataku smiechu nie do powstrzymania,w calkiem nieodpowiednim momencie, gdy ktos do mnie mowil, w dodatku ;; na powaznie'' , a ja rzalam jak kon.... Potem bylo : ,, alez szefie, ja nie smialam sie z pana...'' 3aa ... A przy okazji, takie ,, powiedzonka'', przejelam w wiekszosci od moich dzieci ^^) . Milego dzionka, z usmiechem na buzi.. :-*
,, ... Wazne sa tylko te dni, ktorych jeszcze nie znamy...''
Za tę wiadomość podziękował(a): Krzysztof Z.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Witam serdecznie - Krzysztof, alkoholik 2021/06/17 06:27 #1085

  • Krzysztof Z.
  • Krzysztof Z. Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Przyjaciel Forum
  • Przyjaciel Forum
  • Posty: 2890
  • Otrzymane podziękowania: 9380
Na 10:30 mam wizytę u orto, siedzę więc sobie jeszcze w domu i zastanawiam się czy aby na pewno jest to potrzebne :ymdevil: Powiem szczerze, że teraz wydaje się mi, że to jakieś zawracanie głowy, nic wielkiego przecież się nie stało - no podejście wyjęte z lat 80-tych ubiegłego stulecia, o którym wcześniej wspominałem. Nie boli, opuchlizna zeszła, to po co gdzieś jeździć :P
Ale w pracy będę później i być może na starsze lata sam sobie podziękuję, że jednak tego nie olałem.
Tak się zastanawiałem co dokładnie ująć w podsumowaniu „piciorysu” i chyba będą to po prostu powody (te prawdziwe, nie „piłem, bo lubiłem”, choć i w tym jest jakaś prawda) uzależnienia oraz bliższe okoliczności, które im towarzyszyły - wszystko ma swoje źródło.
Przyszła mi do głowy też taka zabawna-niezabawna myśl, że część z nas, alkoholików, na starcie uważa się za jakieś wyjątkowo trudne przypadki, z którymi terapeuci będą mieli problemy. Tymczasem naprawdę trudny przypadek to taki, gdy alkoholik nie chce przestać pić, a ci, którzy są zdecydowani, by z tym skończyć, mimo wielu problemów, które napotkają, wcale nie są trudnymi przypadkami.
Podejrzewam, że obaj moi terapeuci błyskawicznie sklasyfikowali mnie już po wywiadzie - aha, nie dda tylko „cudowne dziecko” czyli dzieciak poddawany nadmiernej presji w dzieciństwie, „golden boy”, który „odreagował” tę presję i stres typowo, wręcz klasycznie - uciekając w nałóg. A to, że przybiera kolejno jakieś tam pozy (inteligenta, równego chłopa, człowieka z marmuru) to fasada. W środku dalej jest ten sam dzieciak, który nadal sobie nie radzi.
Reasumując dziś w tym swoim stwierdzeniu „wyjściowym”, że jestem/byłem „trudnym przypadkiem” dostrzegam dużo pychy. Takich ludzi jak ja jest wielu i wielu ładuje się w różne nałogi, a nawet jeśli nie to towarzyszą im poważne dysfunkcje, co wg mnie jest jeszcze gorsze, bo nałogowiec prędzej trafi do terapeuty niż osoba „tylko” dysfunkcyjna, która po prostu nie wie, że powinna pewne rzeczy przepracować, by móc żyć normalnie, bez ciążącego jej balastu.
Dobrze, na tę chwilę to wszystko, mam jeszcze trochę czasu, więc poczytam co u Was.

Dobrego dnia!
„Been searching somewhere out there
For what’s been missing right here”
Za tę wiadomość podziękował(a): Dahud, Zakapior, Katarzynka77, Kayo78, Alex75, Annaannaanna, Anetka, Krysia 1967, dzordzklunej

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.